Kazimierz na majówkę? Tak!

Patrząc na rozwijającą sie wzdłuż i wszerz, w górę i w dół wszechogarniającą jesień ( i to nie z tej przysłowiowej „złotej Polskiej jesieni”, naprawdę w ostatnich dniach niewiele ma z nią wspólnego), aż się chce powrócić wspomnieniami do ciepłej wiosny… Tak się składa, że na jesienne i zimowe wieczory zachomikowaliśmy sobie całkiem sporo potencjalnych tekstów i wspomnień, którymi będziemy mogli się karmić aż do samiutkiej wiosenki (coby jeno nie przyszła zbyt późno, bo zapasy znowu też nie aż tak duże 😉 ). Takim to sposobem zapraszamy do zapoznania się z niedługim opisem, tudzież relacją z naszego kilkudniowego wyjazdu do malowniczo położonego Kazimierza Dolnego… 🙂

Jeszcze przed weekendem majowym, pod koniec kwietnia wybraliśmy się na kilka dni do Kazimierza Dolnego. Wybór, trzeba przyznać, trafiony!

Noclegi zarezerwowaliśmy w pensjonacie „Pod siedmioma aniołkami” – na końcu ślepej uliczki, na „Górze”, czyli w jednej z bocznych uliczek ulicy Góry. Pokoje miłe, przytulne i schludne. Z osobnymi łazienkami i wspólnym aneksem kuchennym. Wszystko na piętrze, także nie robiło nam to różnicy, bo nasze szkraby już do dawna biegają, więc ze schodami równie łatwo sobie poradziły ;). Właściciel bardzo miły, nie narzucał się, a i był bardzo pomocny i uprzejmy w kontakcie, z czego szczególnie Jakub chętnie korzystał – zagadywał go o wszystko, a starszy pan grzecznie odpowiadał:

– A gdzie Ty mieszkasz? A co to za kamienie tak w kółko ustawione? A po co Ci taki duży dom? – pytniom nie było końca – oczywiście zwracał się do pana, który mógłby być co najmniej jego dziadkiem na „Ty” – co właściwie nadawało kolorytu ich rozmowom :D.

Ponieważ zabraliśmy ze sobą rowery, rzadko byliśmy w pokojach, a więcej czasu spędzaliśmy na siodełkach. Odwiedziliśmy min. Bochotnicę, w której to, już bez rowerów, wdrapaliśmy się na ruiny zamku Esterki. Jak głosi legenda miał on być schronieniem dla kochanki króla Kazimierza Wielkiego, która była żydowskiego pochodzenia. Po ruinach zbyt wiele nie zostało, zaledwie dwie ściany połączone narożnikiem, z licznymi uszkodzeniami. Zamek najbardziej ucierpiał podobno w trakcie potopu szwedzkiego… Mimo to nie pożałowaliśmy wspinaczki na szczyt, na którym wybudowano zamek – widok na dolinę Wisły był z niego doskonały! Pełną panoramę zasłaniały drzewa, tworząc gęsty las na zboczach wzniesienia – bardzo miło się w ich cieniu pokonywało nam drogę na szczyt. Jedynie pod sam koniec Hanię wnieśliśmy na barana, a Jakub dzielnie pokonał całą drogę na własnych nogach!

Jeździliśmy też po szeroko pojętych okolicach Kazimierza, które dziś nam trudno opisać, a to lekki podjazd, a to mały zjazd… Bardzo przyjazna okolica dla cyklistów, ale też na piesze wędrówki.

W czasie tych kilku dni naprawdę sporo pojeździliśmy na rowerach, okolica idealnie się do tego nadawała, lekkie wzniesienia i górki… na jednym ze zjazdów – długa prosta, piękny równy asfalt – prędkości podchodziły pod 50km/h i to tylko przez to, że musieliśmy hamować – taka prędkość z dziećmi w fotelikach nie jest wskazana, mimo że bardzo im się to podobało ;). Nie jeździmy już tak często jak kiedyś, więc nie podniecały nas wskazania licznika przemierzonych kilometrów.  Zresztą inni są w tym lepsi i nie ma się co z nimi równać ;). Cisza i spokój, jaki panował w lasach i wśród pól kazimierskich, nawet po oficjalnym rozpoczęciu długiego weekendu, pozwolił nam dobrze wypocząć, spędzając jednocześnie aktywnie czas! Popołudnia spędzaliśmy na zwiedzaniu samego Kazimierza. Najwięcej czasu spędziliśmy na bazarze z tysiącem drobiazgów. Były Ukrainki z ręcznie haftowanymi obrusami i serwetami, byli starzy kombatanci z ogromną ilością pamiątek z czasów pierwszej i drugiej wojny światowej… ech czego oni nie mieli! Były stanowiska antykwariatu, antyki, odzież, kosze i inne… produkty z wikliny – słowem taki pchli targ! Znajdziesz wszystko, a nawet takie rzeczy, o których istnieniu nie miałeś pojęcia! My też z pustymi rękami nie odjechaliśmy ;). Na koniec jeszcze obowiązkowy zakup Kogutów Kazimierskich – wypieków piekarniczych w smaku zbliżonych do chałki lub bułki w niezwykle oryginalnym kształcie – koguta! Znaleźć można wiele miejsc, w których są sprzedawane. Natomiast ich cena waha sie znacząco: od 3 do 6,50 zł! Niektórzy twierdzą, że to z powodu ich jakości, ja zaś bardziej przychylam się twierdzeniu, że działa tu bardziej prawo rynku: w miejscach, gdzie zagląda więcej turystów ceny wyższe, tam gdzie mniej, niższe :). Koniec końców i tak praktycznie ich nie je, a poprostu zostawia sobie na pamiątkę, która wysycha i po kilku dniach i tak jest nie do zjedzenia ;). Zakupy, jakie poczyniliśmy nie pomogły nam bynajmniej w czasie drogi na naszą kwaterę… Podjazd z rynku na górę nie był łatwy. Sylwia wioząca Hanię musiała zejść z roweru, aby nie nadwyrężać się w swym odmiennym stanie – w końcu dobro dziecka i matki najważniejsze!

Ostatniego pełnego dnia przyszła zmiana pogody i pół dnia przesiedzieliśmy w pensjonacie. Nie odwiedziliśmy tak nam reklamowanego wąwozu korzeniowego. Szkoda, ale cóż to za przyjemność spacerować czy jechać po błocie w strugach deszczu, prawda?

Następnego ranka spakowaliśmy się i wyjechaliśmy na powrotną trasę do Torunia.

To był bardzo przyjemny długi weekend, kto wie – może jeszcze kiedyś w te okolice wrócimy?

Na koniec kilka fotek z pakowania auta przed powrotem do domu:

 

Comments are closed.

Post Navigation