Między Skarpą a Lesovem

Jak już wiecie z naszego konta na popularnym portalu społecznościowym ( a podejrzewam, że je obserwujecie, nawet jeśli nie macie konta na FB, to treści, które tam zamieszczamy możecie śmiało przeglądać, wystarczy kliknąć na ikonkę z małym F na niebieskim tle po prawej stronie ->  😉 ) pakowanie zostawiliśmy na koniec, jakby wciąż niedowierzając że to już… że wyjeżdżamy…

Pierwszego dnia byliśmy umówieni w Warszawie, na montaż nadajnika GPS. Ach tak, miała to być niespodzianka, ale się wygadałem 😉 Otóż dzięki zaangażowaniu naszego sponsora Francuskie.pl, zyskaliśmy kolejną firmę, która wspiera naszą wyprawę, a jest nią Juwentus, która ma w swojej ofercie między innymi nadajniki GPS do samochodów. Dzięki ich uprzejmości mamy dostęp do pozycji naszego samochodu, a poszerzona współpraca z firmą Plus, daje możliwość przesyłu danych o pozycji naszego samochodu i aktualnego zwizualizowania jej na mapie :).

GPS 1

Po tym spotkaniu pojechaliśmy czym prędzej do Lublina, aby wypocząć u przyjaciół po nieprzespanej nocce i ochłonąć trochę z emocji przed długą trasą. Wizyta udana – cele zrealizowane, w dodatku w doborowym towarzystwie spędziliśmy cały weekend! W poniedziałek jeszcze z rana ostatnie formalności związane z ubezpieczeniem samochodu – przez pomyłkę pani na infolinii, która pomyliła lipiec z sierpniem, spędziłem pół dnia na wyjaśnianiu sprawy jeszcze przed wyjazdem z Polski. Obsuwa już na początku to standard. W związku z tym małym zamieszaniem ruszyliśmy z Lublina w poniedziałek w godzinach popołudniowego szczytu, trasą na Rzeszów i dalej na ulubione nasze przejście graniczne w Barwinku – to tu zaczynało się wiele naszych przygód z podróżami zagranicznymi i tu też się kończyły gdy witaliśmy ojczyznę po kilkutygodniowej nieobecności. Ta sama polska ziemia pożegnała nas „płaczem”… „Płaczem” tak porządnym, że aż wycieraczki nie nadążały usuwać „łez” z szyby umożliwiając nam przyzwoitą widoczność. Cóż, kto mógł wiedzieć, że podobna pogoda towarzyszyć nam będzie przez kolejne kilkadziesiąt godzin? Takim to sposobem jadąc w tempie spacerowym wspinaliśmy się mozolnie i zjeżdżaliśmy po słowackich grzbietach Tatr. Popołudnie zamieniło się w wieczór, a wieczór w noc gdy pod osłoną zachmurzonego nieba, deszczu i mgły znaleźliśmy w końcu przyzwoite miejsce na nocleg gdzieś w małym miasteczku wśród gór. Na przerobienie samochodu z wersji do jazdy na wersje do spania mieliśmy zaledwie pół godziny – przez ten czas deszcz akurat nie padał… Nie zdążyliśmy.

Kolejny dzień też rozpoczął się deszczowo, ale już na Węgrzech złapaliśmy nieco słońca. Doskonale się złożyło, bo mogliśmy pochodzić nieco i rozgrzać się w cieple pierwszego lipcowego popołudnia w miasteczku, którego nazwę pewnie większość zna, a leży ono właśnie na Węgrzech. To Tokaj! Tak, ten sam od sławnych win. Już na kilkadziesiąt kilometrów przed samym miasteczkiem widnieją znaki zawiadamiające o wyjątkowości tutejszych winnic. Sami niestety win nie kosztowaliśmy – w końcu droga przed nami, ale kto wie, może wracając też tu wstąpimy? Odpoczęliśmy nieco na uboczu, przy jednym z wjazdów do miasta, zjedliśmy pierwszy z naszych gotowych obiadowych zapasów i po kilku godzinach ruszyliśmy w drogę, a dzieci od razu posnęły :). Do granicy w Vallaj dojechaliśmy w niecałe dwie godziny i tak oto popołudniu powitaliśmy Rumunię, a ona nas gorącym słońcem! I to jeszcze jakim! Olbrzymie połacie pól słoneczników ciągnące się po horyzont w świetle chylącego się już ku zachodowi słońca wyglądały naprawdę uroczo!

Nocleg na stacji benzynowej, gdzie Sylwia przypomniała mi, że to właśnie tam zatrzymaliśmy się dwa lata wcześniej wracając z Gruzji na mały posiłek. Noc w samochodzie, a kolejnego dnia przemierzaliśmy rodzinny kraj naszej Dacii, nie spiesząc się wcale. Na równinach słoneczniki, w górach dziewicze, gęste lasy i serpentyny pnące się po zboczach Karpat… Na wieczór, dojechaliśmy do Przełomu Czerwonej Wieży, o której już kiedyś pisałem (tu). Nocleg w górach okazał się być strzałem w dziesiątkę, mimo iż nieco chłodniej niż na nizinach, ale za to swobodnie mogliśmy się przespać w namiocie. Dla dzieci był to pierwszy raz od bardzo dawna, więc radość i podniecenie z jaką przyjęły wiadomość, że znaleźliśmy odpowiednie miejsce na rozbicie namiotu była przeogromna. Dla takich chwil warto podejmować trud wyprawy, który też w końcu nam towarzyszy. Jest to jednak trud przyjemny… jeśli da się to tak określić :). Mając więcej czasu rozkoszowaliśmy się widokami pięknych rumuńskich Karpat i specyficznym folklorem mijanych małych miasteczek. Mogliśmy porozmawiać z miejscowymi, pouczyć się słówek po rumuńsku – a jest to ciekawa mieszanka z rodziny języków romańskich.

Cóż czas ruszać dalej, bo dalekie kraje przed nami… Jak to jest, że kolejny kraj żegna nas deszczem? Bałkany, początek lipca, a tu deszcz? Przed burzą uciekaliśmy dobrych 50km i prawie się udało… Jak wyglądał ten kapuśniaczek możecie zobaczyć tu:

YouTube Preview Image

Przekroczyliśmy stary most na Dunaju, w którego połowie zaczęła się dla nas Bułgaria!

Tu też nieźle musiało padać, bo wody na rondzie i nie tylko po próg! Nic to, kupiliśmy winietkę, nakleiliśmy na szybę i w drogę! Na Razgrad! Przejazd przez góry w Bułgarii zostawiliśmy sobie jednak na następny dzień. Wieczór był deszczowy i wszędzie jeszcze stały spore kałuże po niedawnej ulewie, więc nie ryzykowaliśmy z namiotem, ma on już w końcu swoje lata. Właśnie ostatnio próbowałem sobie przypomnieć ile i okazuje się, że zbliża się do pełnoletności… Jak na namiot wystarczająco dużo :). Spaliśmy więc w samochodzie. Znaleźliśmy przyjemną stację benzynową z niedalekim marketem niemieckiej sieci, w którym zrobiliśmy zakupy na kolację. Ja przerabiałem auto, a Sylwia robiła nam kolację. Pierwszy raz muszę przyznać, że Logan MCV ma za duży bagażnik! Jak to? Ano tak to, że za dużo rzeczy się w nim mieści! Gdyby mieściło się mniej, zabralibyśmy mniej i łatwiej byłoby te wszystkie manele poupychać na przednich siedzeniach i pod płytami na których spaliśmy, a tak jest problem: do bagażnika i owszem wszystko się ładnie pięknie mieści, ale potem już nie… Są tego i dobre strony. Poznałem lepiej nasz samochód. Wiecie np. że pod pedałami gazu zmieści się paczka pieluch, albo że wózek parasolka świetnie mieści się nad siedzeniami kierowcy i pasażera gdy te są już zapakowane wydawałoby się na maksa? Wszystko się nam zawsze mieściło (no może nie licząc tej pierwszej nocy na Słowacji w deszczu, gdy to wózek finalnie nocował na dachu owinięty matą brezentową) i nie było, że nie… Tylko dlaczego to tak długo trwało? Dwa lata temu tylko pierwszy raz trwało długo – musiałem się tego nauczyć, ale później nie zajmowało mi to więcej niż 20 minut. Tym razem przy pierwszych próbach 2 godziny. Dwie wieczorem i półtorej rano… Ech złościłem się na siebie, dlaczego to złamałem swoją zasadę: „lepiej wziąć mniej niż więcej”! Ok, nikt nie jest idealny – będzie nauczka na przyszłość.

Wracając jednak do naszej podróży: Bułgarię przejechaliśmy raczej bez większych przygód, zatrzymując się jedynie w Jambolu, którego przedmieścia przypominały bardziej Afrykę,  gdzie zjedliśmy co nieco regionalnej kuchni (dolma – pycha!) i kupiliśmy on-line wizy do Turcji korzystając z wolnego dostępu do Wi-Fi. Przed granicą w Lesovie zatankowaliśmy się pod korek i jazda na Turcję!

Jest jeszcze jeden fajny urywek, który uwieczniliśmy na filmiku: droga do przejścia granicznego w Lesovie nic się nie zmieniła przez ostatnie 2 lata… oto co w niej nietypowego:

YouTube Preview Image

Comments are closed.

Post Navigation