2006 – Czechy> Austria> Włochy> Grecja> Bałkany

Pełen opis wyprawy czeka wciąż do opisania… może kiedyś, może w książce 😉

 

Dla zniecierpliwionych mamy skróconą wersję:

Toruńska wylotówka piątek g.13:30

(start w piątkowe popołudnie z toruńskich Czerniewic)

W pewien piątek lipca postanowiliśmy wyruszyć w kierunku Ankony we Włoszech, skąd to mieliśmy już wcześniej wykupione bilety na prom do Patry w Grecji. Jak zawsze start z południowej wylotówki Torunia. Jest juz późno, bo dochodzi 14-sta ale i tak nieźle, bo udało mi się zwolnić z pracy nieco wcześniej i w ten sposób zacząć urlop o kilka godzin wcześniej. Najważniejsze żeby wyruszyć, potem to się już samo potoczy ;). Ani ja, ani Sylwia nie spodziewała się takiego zakończenia tego dnia – już kilka minut po 21-wszej jedliśmy kolację u miłej Czeszki w Czeskim Cieszynie, która zgodziła się abyśmy rozbili się namiotem w jej ogródku (450 km jednego popołudnia).

U naszej gospodyni w Cz. Cieszynie

 

(po śniadaniu z miłą Czeszką z Czeskiego Cieszyna)

Następnego ranka też zaprosiła nas na śniadanie. Po niespiesznym spakowaniu namiotu i pozostałych maneli pożegnaliśmy się i wyszliśmy na wylotówkę. Jeszcze ostatnie telefony do rodziny i znajomych na polskim zasięgu i w drogę! Dochodziło południe. To cośmy zaoszczędzili w piątek, to straciliśmy w sobotę, ale co tam, w końcu nie jedziemy na wyścigi, a żeby dojechać do Ankony na prom mamy jeszcze 10 dni – zdążymy ;). W Czechach jechaliśmy min. z kierowcą TIRa, którego tatuaże i ogólna sylwetka bardziej pasowały by na choppera, niż do ciężarówki, ale co tam, właściwie ważniejsze było to, że on wciąż do nas po czesku nawijał, a my rozumieliśmy tylko niektóre pojedyncze słowa. W końcu na migi się okazało że jedzie dalej w kierunku Pragi, a nam lepiej by było jechać na Wiedeń, więc na obwodnicy Brna sie pożegnaliśmy.

Obwodnica Brna - kierunek Austria :)

(na obwodnicy Brna odbijamy na Wiedeń)

Długo nie czekaliśmy – do samego przejścia granicznego z Austrią dowiozła nas młoda pani starą Skodą. Plan był taki aby pojechać nad jezioro Bodeńskie… taki BYŁ plan. Zniszczył go kolejny raz pewien kierowca z którym zdecydowaliśmy się zabrać do Wiednia, bo tam jechał. Wsiadamy i jedziemy – spory kawałek do przejechania, więc fajnie :). Tak jedziemy i rozmawiamy i tu się nagle okazuje, że ów Włoch (ach, tak, nie wspomniałem – to był Włoch) jedzie do Wenecji i z chęcią nas zabierze do samej Wenecji! Hmmm… w sumie czemu nie, jezioro Bodeńskie będzie musiało poczekać na następną wyprawę, jedziemy do WENECJI! :D.

Mikulov - granca CZ / A

(granica czesko-austriacka)

Wien & Donau

(mijamy Wiedeń pędząc autostradą przez miasto)

W taki oto sposób jadąc włoskim Fiatem z prawdziwym Włochem za kierownicą przejechaliśmy całą Austrię i około północy dojechaliśmy w okolice Wenecji. Przy pożegnaniu miły nasz kierowca pomógł nam tłumacząc jak dostać się do centrum Wenecji autobusem. W Wenecji miasto nie idzie tak szybko spać… Ulice pełne ludzi, wszyscy chodzą, śpiewają… całe grupy, a to przecież już pierwsza dochodzi. Wszystko fajnie, gdyby nie to, że my akurat szukamy jakiegoś zacisznego miejsca na nocleg. Otóż pierwsza rada dotycząca Wenecji i tzw. „backpakingu” brzmi: „Jeśli chcesz rozbić namiot w Wenecji to Ci sie to nie uda!” Wszędzie pełno betonu / kamienia / asfaltu… zero jakiegoś trawniczka, jakiejś zieleni… nic. Da sie wprawdzie rozłożyć namiot na takiej nawierzchni, ale nawet nie było na to żadnego ustronnego miejsca aby to zrobić! Uliczki wąskie, na niektórych nawet gdybyśmy bardzo chcieli to nasz namiot by się zwyczajnie nie zmieścił, nie wspominając już o tym aby było jakieś przejście – zablokowalibyśmy całą uliczkę. Co teraz?!
Idzie jakiś 30-sto latek w długich włosach i okularach do złudzenia przypominających Lennona – ok, pytamy się go czy nie zna jakiegoś miejsca do spania. Zaczynamy jak zwykle po angielsku, posiłkując się migami: „My chcemy gdzieś spać, my mamy namiot…”

– Jak było po angielsku „trawnik”? – pytam Sylwii

– O! Polacy?! – pyta ów pan

– Tak, Polacy!  – odpowiadamy uradowani.

Druga rada „backpakingu” brzmi: „Nigdy nie wiesz kiedy i gdzie w świecie spotkasz Polaka!”

Rodak nasz poradził nam, że jeszcze w miarę możliwe miejsce na nocleg o jakim słyszał od kolegi, który w latach 90-tych spędził tam pierwsze noce po przyjeździe do Wenecji to port i jego okolice. Wytłumaczył nam jak się tam dostać… A nawiasem wspomniał, że ów kolega od tamtego „portowego” życia wciąż żyje i pracuje w Wenecji i całkiem dobrze mu się powodzi – może i nas spotka taki los ;).

Dochodziła już druga gdy zjawiliśmy się w porcie. Jedyny kawałek zwykłej ziemi i trawnika, a nawet jakiegoś małego drzewka jaki znaleźliśmy nie nadawał się na rozbicie namiotu, z resztą był już na to zdecydowanie za późno, położyliśmy sie tylko na karimatach. Po kilku godzinach taki oto widok ukazał sie naszym oczom:

Widok na zatokę. Wenecja

C.D.N. …