02. PO DRZEMCE CZAS NA JARMARK!

Budzik obudził nas o 4 rano, ale wstać było bardzo łatwo (to się mi nie zdarza) – adrenalina związana z doświadczaniem tego wspaniałego uczucia, jakim jest świadomość spełniających się marzeń jest silniejsza niż sen!

W końcu wyjeżdżamy! SUPER! :D

Spakowanie samochodu nie było łatwe ilość rzeczy do zabrania spora, ale nasz Logan ma sporo miejsca – jak na zwykłego kombiaka! Takim to sposobem ruszyliśmy równo z serwisem  w Polskim Radiu o 6 rano.

 

Startujemy – szósta rano!

Polskie drogi nie należą do tych na których da się bić europejskie rekordy czasu w jakim przemierza się odległość z punktu A do B… mimo że pora była sprzyjająca do jazdy, to jednak zmęczenie związane z małą ilością godzin poświęconych na sen, dało nam się we znaki w trakcie drogi. Sylwia zasnęła razem z dziećmi po godzinie jazdy, ja z kolei na trawie w parku tuż przy restauracyjce, w której zjedliśmy późny obiad. To był jednak dobry czas – dzieci się najadły, wybiegały i odpoczęły, mimo że fizycznie zmęczyły.

 

Drzemka w trakcie przerwy na obiad :)

 

Dzieci wykorzystują dłuższą przerwę na zabawę.

 

Skutek jednak osiągnęliśmy – kierowca się wyspał i wypoczął, a dzieci go zmieniły w czasie drogi – takim sposobem praktycznie nieprzerwalnie ktoś spał, aby nie spać mógł ktoś :) . Nawigacja, której używaliśmy jeszcze w Polsce wyprowadziła nas w pole – niestety, dosłownie!

 

Polskie pole w które wyprowadził nas “Hołek”

 

„No nie, ludzie, jak tak będziemy jechać, to dzisiaj nigdzie nie dojedziemy!” – to zdanie miało swoje zastosowanie jeszcze kilka razy poza tą pierwszą sytuacją, jeszcze w ojczyźnie, ale o tym przekonaliśmy się później – tj. w swoim czasie :) .

Nagle pogoda zmieniła się drastycznie – ze skwarnego, upalnego dnia w prawdziwą letnią burzę, z oberwaniem chmury, z błyskawicami, z ciemnością bardziej przypominającą środek zimowej długiej nocy, niż z sierpniowym popołudniem i z czym tam się jeszcze tylko da! Wycieraczki na szybie nie nadążały zbierać nieprzerwalnego strumienia jaki zalewał nasze szyby. Prędkość z 80 km/h po krętych podkarpackich drogach, musiała spaść do 30-stu, a w nieckach gdzie woda zbierała się tworząc, zaledwie w kilka minut, małe stawy  o głębokości do 20-stu centymetrów, spadała do 5 km/h! Taaa… bajka, ale nie dla nas – my chcemy do Gruzji, a nie nad kolejny staw! Cóż było robić – pogoda nie zmieniła się aż do 20-stej. Trudno, nie ma sensu się zbyt ryzykownie spieszyć – dziś z Polski nie wyjedziemy. Zatrzymaliśmy się około 20-stu km od granicy na przyzwoitym parkingu pomiędzy stacją paliw, a restauracjo-barem. Zaparkowałem gdzieś na uboczu, jednak wciąż w świetle latarni, pod nią zawsze bezpieczniej, prawda? Niby tak, ale dopiero po pierwszym przystosowaniu samochodu do „trybu nocnego” (co na marginesie zajęło nam strasznie dużo czasu – aż wstyd pisać, że tak długo, więc nie napiszę ;-) ), mogliśmy doświadczyć do czego służy ten przestronny ładny parking. Otóż przyjechał autokar, z którego wręcz wylało się mnóstwo głośnych ludzi, którzy nie zauważyli, że ktoś chce już o 22-giej iść spać, za nim przyjechał kolejny i to samo… Dzieci jednak jakoś posnęły, Sylwia też nie aż tak późno, ale ja dopiero przed drugą w nocy! Nie mogąc zasnąć wykorzystałem jeszcze naładowaną w 100% baterię w laptopie na ostatnie maile i inne pożyteczne rzeczy.

Kolejnego ranka po dzwonku budzika już nie było tak łatwo… adrenalina z poprzedniego dnia jakby uciekła, wyparowała czy jak? Nie, to po prostu niewyspanie. Pobudka drugi dzień z rzędu po trzech czy czterech godzinach snu nie należy do przyjemnych. Jednak przed wyjazdem zdążyliśmy się nieco rozruszać – dzieci nam w tym niesamowicie pomagały! Po porannym zamieszaniu, śniadaniu i przewróceniu auta do góry nogami, aby nadać mu cechy „trybu dziennego” wyjechaliśmy po szóstej.

Barwinek – przekraczaliśmy to przejście sam już nie wiem ile razy – aż miło popatrzeć jak tu wszystko po staremu, ta sama stacja, ta sama knajpa – tu pierwszy raz jedliśmy ze Staszkiem po powrocie z Grecji…minęło już przeszło sześc lat…, a tam dalej, za rogiem są takie kiepskie toalety… tak wszystko się przypomina, czasem się dziwię, co to za dziwne szczegóły człowiek potrafi zapamiętać! :)

Słowacja – mignęła jak z bicza strzelił, o czym warto wspomnieć, to tylko o tym, że jak ktoś twierdzi, że mamy najgorsze drogi w Europie, a przynajmniej w Unii, to nie był jeszcze wszędzie!

 

Słowacka “autostrada”

 

Tą drogę jednak znałem – aż do samego Ruse droga pokrywa się z trasą, którą już jechałem w zeszłym roku do Grecji, także byłem na to przygotowany, ale zdjęcie warto zrobić, bo po tamtej wyprawie nikt mi nie chciał wierzyć! Teraz nie ma wyjścia :) . Ze Słowacji wjechaliśmy na Węgry, też szybki „strzał” i już na granicy Węgiersko-Rumuńskiej. No tak – tu kończy się Schengen i trzeba się zatrzymać, pokazać paszport, lub dowód :) . Kolejki na szczęście nie było, to przejście wybraliśmy umyślnie – praktycznie tylko ruch lokalny, ale oczywiście nie byliśmy jedynymi Polakami, którzy na to wpadli – nasi rodacy są równie bystrzy, to pewnie dlatego widzieliśmy sporo aut na polskich numerach na drodze, która wiodła jedynie do tego przejścia. Wioski najbliżej tego przejścia to Vallaj (po madziarskiej stronie) i Urziceni (na Rumunii).

Rumunia przywitała nas kolejną niespodzianką – kilka km od granicy w Carei, małym acz urokliwym miasteczku nie zauważyłem jednego znaku drogowego… cóż tam jednego – ale ile setek wcześniej już nie zauważyłem – „się siejmy defetyzmu” jak mawiał klasyk. Jeden znak a tyle zamieszania… Otóż musiał to być zapewne znak „zakaz wjazdu” lub „zakaz ruchu w obu kierunkach”, bo jak się okazuje, główna ulica tego miasteczka została tego dnia zamieniona w uliczny jarmark. Czemu nie, tylko co na jego samym środku robiło auto na polskich tablicach próbujące przecisnąć się niezauważenie wśród tłumów klientów, gapiów i „Apaczów” – którzy tylko przyszli popatrzeć? Jakoś udało nam się przejechać nie będąc zatrzymani przez policję, czego najbardziej się obawialiśmy, ani przez nikogo innego!

Jarmarczna ulica w Ruminii

Jarmarczna ulica w Ruminii