03. PRZEMIERZAJĄC KRAJ HRABIEGO

Rumunia to już zupełnie inna jazda – 700km przecinając kraj po przekątnej: z północnego zachodu na południowy wschód, z czego 70% jazdy przez Karpaty i to nie autostradami, a zwykłymi, nieco dziurawymi drogami…

To nie choroba lokomocyjna Jakuba najbardziej dawała nam się we znaki, a tego w tej wyprawie obawialiśmy się najmocniej, a upał. Jak się później okazało, przejeżdżaliśmy przez rejon gdzie padł rekord temperatury tego dnia: 42 stopnie. Tak, upał niesamowity… klimatyzacja włączona już od rana, najpierw na 1, potem na 2, aż w końcu na 3 i nie powiedziałbym, aby było za zimno, gdy tymczasem w Polsce w zupełności wystarcza 2, aby schłodzić auto stojące dłużej na słońcu, a docelowo 1 na trasie i już w aucie jest wystarczająco przyjemnie :) . Około 14-stej przystanek, bo dzieci się obudziły. Tak właśnie jeździmy – rano śniadanie, po śniadaniu dzieci się bawią w czasie, gdy ja składałem samochodowe łóżko… i jazda. Po chwili dzieci zasypiają, a my mamy kilka godzin na jazdę w czasie ich snu. Tak więc stanęliśmy – większe miasto Zalau, to tu zaczyna się pierwszy etap górski – można powiedzieć, że rumuńska część Karpat przed nami!

Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej. Otwieramy drzwi a tu – BUCH! Jak uderzenie potężnej ciężarówki miażdży drzwi, tak samo nas zmiażdżył podmuch gorąca! Od razu z dziećmi do łazienki – schładzać je chłodną, ale nie całkiem zimną wodą. Co tam twarz – od razu całą głowę można sobie zmoczyć – ja tak zrobiłem i nim wróciłem do samochodu włosy były prawie suche!

 

Dzieci szaleją na stacji w Zalau.

 

Dzieciom o dziwo upał nie doskwierał – bawiły się na stacji w najlepsze. Upał nie przeszkodził też Hani w zrobieniu bałaganu w samochodzie już w pierwszych dniach podróży… wysypała biszkopty z opakowania, a że wcześniej nam się porządnie pogniotły to biszkoptowego pyłu wszędzie było pełno :) .

 

Porządki wg Hani – czyli żądza biszkoptów silniejsza niż opakowanie!

 

Cóż – takie życie, ale przynajmniej się nie nudzimy :) .

Ruszając dalej mieliśmy okazję podziwiać piękny Cluj-Napoca. Super widoki starych budynków w świetle nisko już świecącego słońca o bardziej czerwonej barwie… Tu stary teatr, tam jakiś urząd… naprawdę aż szkoda, że nie było więcej czasu, aby zatrzymać się i przespacerować tymi uliczkami. Jedyna rzecz, która nas zdziwiła i to nie tylko w Cluj jak się potem okazało, to wszechobecne okablowanie puszczone po słupach! Absolutnie wszystko poczynając od elektryczności, przez telefon, po Internet biegnie ponad naszymi głowami, a do tego przecinające się linie trolejbusowe – gąszcz i chaos niesamowity! Rumunia to w końcu tak samo jak Polska kraj rozwijający się, tylko dlaczego u nas robi się to jakoś inaczej? No fakt – u nas by tych kabli nie było, gdyby tak sobie same „bezpańsko” wisiały nad głową… ale co tam – tu się da. Mam nadzieję, że nie rozreklamowaliśmy zbytnio rumuńskich miast i nie zacznie się teraz fala masowych złomo-wakacji z Polski do kraju hrabiego Drakuli ;-) .

Jadąc wzdłuż rzeki Aluta (Olt), wjeżdżamy na szlak o wdzięcznej nazwie Przełom Czerwonej Wieży – rzadko spotykane zjawisko. Przełom tworzy dolina rzeki dość nisko położonej jak na górską rzekę (ok. 350m n.p.m.), a otaczają ją wysokie góry szczytami sięgające powyżej 2000m n.p.m. Widok wspaniały. Podobno w 2014 roku trasa ta ma być zastąpiona autostradą aż do samego Pitesti, ale nie udało mi się dowiedzieć czy autostrada będzie przebiegać tą samą doliną, bo szkoda byłoby ominąć takie widoki :) .

 

Przełom Czerwonej Wieży

 

Przełom Czerwonej Wieży

 

Przełom Czerwonej Wieży

Podróż przez kraj w którym została wyprodukowana nasza Dacia przebiegł bez większych zakłóceń… żadnych problemów z policją czy miejscowymi, jedno jest pewne: nie rzucaliśmy się w oczy jadąc naszym samochodem, bo Rumunia to prawdziwe królestwo Dacii!

 

Rumuński parking.

Bułgaria minęła nam równie szybko, mimo że zatrzymaliśmy się tam na kolację i  nocleg. W końcu jesteśmy – nasza mile wspominana Turcja – dobrze tu znów wrócić! Przed nami półtora tysiąca km do granicy z Gruzją, więc można powiedzieć, że jesteśmy na półmetku.

 

Welcome to Bulgaria!

 

Kolacja przy trasie.