04. JAKUB KUCHARZEM

Turcja – wjeżdżając tu poczuliśmy się dziwnie swojsko… nie wiedzieć czemu stres związany z długą trasą nagle zszedł, teraz jesteśmy już prawie na miejscu – tak się czuliśmy, mimo że do granicy z Gruzją byliśmy zaledwie w połowie drogi! Już na pierwszym parkingu nasz zachwyt wzbudził niewielki zajączek, który podszedł do krzaczka, żeby skubnąć nieco zielonych liści. Krzaczek był od nas 4 metry, a on wcale się nie bał! Nagle zerwał się silny wiatr, tak silny, że musiałem przestawić butlę gazową z „wiecznie żywą” fasolką po bretońsku z polskiego słoika w bardziej zaciszne miejsce.

 

Zajączek skubie krzaczek… odległość od nas: 4m

 

Wiatr przyniósł zmiany. Może nie był to „wiatr ze wschodu”, a z północy, ale jedno jest pewne – musieliśmy się szybko zwijać, bo chmury nie wróżyły nic dobrego. Tak też było. Lunęło jeszcze zanim odpaliliśmy silnik. Padało do późnych godzin nocnych – co my trochę chmury wyprzedziliśmy, to przy postoju na kolację one nas dogoniły nie dając zjeść do końca, co my je znów wyprzedziliśmy i zatrzymaliśmy się na jednym z autostradowych parkingów, to one nas znów dogoniły, na szczęście już pod koniec przekształcania samochodu w sypialnię na kółkach :) . Z powodu tak tęgiego deszczu musieliśmy minąć Stambuł nie wjeżdżając do centrum, czego żałowaliśmy, ale był już zmrok i ta ulewa… ech, nie było sensu wychodzić z auta, więc jechaliśmy dalej. Na nocleg zatrzymaliśmy się gdzieś w okolicy Düzce. Deszcz padał całą noc. Rano gdy się obudziliśmy także. Hmm… co tu robić – z samochodu wyjść nie ma za bardzo gdzie, aby przełożyć wszystkie bagaże do bagażnika i rozłożyć siedzenia trzeba wyjąc praktycznie wszystkie tobołki na zewnątrz, ale gdzie – w kałużę, w deszcz? Nie! Cóż odpoczynek nam się przyda, w końcu mamy już kilka dni drogi za sobą. Nie musieliśmy się też przesadnie śpieszyć, w końcu to wakacje :) ! W końcu deszcz przestał padać i dało się wyjść z auta. Chwilę po tym jak dzieci zaczęły kręcić się po parkingu z restauracji przyszedł pan z tacą, na której przyniósł nam herbatę i cukier. Ech ta turecka gościnność – to dlatego czujemy się w Turcji jak w domu :) ! Widać pan z chęcią by porozmawiał dłużej, ale jedyne co udało nam się wytłumaczyć to, to że jedziemy z Polski (to wiedział widząc nasze rejestracje) i to że jedziemy do Gurdżistanu – Gruzji. Podziękowaliśmy serdecznie, pan zostawił nas z herbatką – była jak znalazł do szykowanego właśnie śniadania :) !

 

Ranek po burzy.

Zebraliśmy się niespiesznie i w końcu ruszyliśmy w drogę. Niebo się rozchmurzyło i wyszło wciąż jeszcze gorące sierpniowe słońce. Tego dnia nie spotkało nas nic szczególnego, no może poza jednym incydentem. W czasie postoju na obiad, tuż po tym jak się zatrzymaliśmy, Jakub głośno krzyknął i się rozpłakał. Okazało się, że strącił sobie z ucha pszczołę, która wleciała przez otwarte okno. Pszczole się to widać nie spodobało, bo w to właśnie ucho go użądliła. Ponieważ wcześniej się to nigdy nam jeszcze nie zdarzyło, nie wiedzieliśmy jak Jakub zareaguje na użądlenie, ale okazał się wytrwały. Sylwia szybko poszła do restauracji, przy której się zatrzymaliśmy po cebulę, trochę musiała się namęczyć, aby ją zrozumiano, ale gdy tylko wróciła z połową cebuli opowiadała jak to wszyscy, nawet goście chcieli pomóc widząc płaczącego Jakuba. Ta otwartość na obcokrajowców, a szczególnie na nasze dzieci zaskakiwała nas na każdym kroku, o czym pewnie jeszcze wiele razy będziemy tu wspominać.

 

Turecka “krajówka”.

Jakub jak widać szybko doszedł do siebie po spotkaniu z pszczołą :)

 

Turecka “krajówka”.

 

Dzień skończył się dla nas w Samsun nad Morzem Czarnym. Zajechaliśmy na stację paliw, gdzie na migi dogadaliśmy się, że zamierzamy się o tam na uboczu zatrzymać na nocleg – OK, żaden problem! Na tym etapie wędrowania byliśmy już na tyle zgrani, że wiedzieliśmy co robić, a każdy z nas miał swoje zadanie: Filip przepakowywał samochód i robił łóżko, Sylwia zabrała dzieci i robiła kolację, dzieci miały się tak wyszaleć i zmęczyć, żeby po najdalej dwóch godzinach mogły zasnąć :) . Tak też było. Przy stacji były dwa stoliki, oczywiście do kolacji też dostaliśmy świetną turecką herbatę w tych małych szklaneczkach na spodkach z małymi łyżeczkami. Do tego dzieci dostały paluchy, czyli warkocze z pieczywa – podobnego do bułek czy naszych rogali, oblepione w sezamie i pieczone do uzyskania ciemnego koloru skórki. Świetny przysmak, wiem bo Hania nie zjadała całego, więc się załapałem ;) .

Następnego ranka ruch na stacji był duży i gdy jedliśmy śniadanie co chwila jakiś kierowca się przyłączał do naszego stolika przynosił kolejne smakołyki: a to sok z pomarańczy i cytryny w kartonie, a to owe paluchy, a to inne znów ciastka… Ogólnie byliśmy pod opieką personelu stacji, więc gdy zobaczyli, że wypiliśmy nasze herbaty dostaliśmy następne :) . Dzieci wciąż jadły śniadanie, czyli już teraz to co dostawały, a że dostawały ciągle, nie zdążyły zjeść czy wypić jednego, to przyjeżdżał ktoś kolejny i dawał nam kolejne czekoladki, owoce czy cukierki. Trwało to już nazbyt długo, mimo że było to bardzo miłe, a smakołyki pyszne, ale nas czekała jeszcze długa droga.

– Czas się stąd zbierać, bo jeszcze chwilę i załapiemy się na obiad – powiedziałem do Sylwii, która mało nie parsknęła śmiechem – tak to prawda. Jestem przekonany, że gdybyśmy tam jeszcze trochę posiedzieli to jedzenia by nam nie brakowało :) .

Na drogę oczywiście musieliśmy obowiązkowo zabrać wszystkie dary ze stołu, którymi nas obdarowano – pracownik stacji już o to zadbał! Dostaliśmy też na drogę ciekawe cukierki czekoladowe: prażone ziarna kawy w polewie z czarnej, mlecznej i białej czekolady – bardzo proste i smaczne. Dokładniej dostały je dzieci, ale ja, jako największy łasuch na słodkości w rodzinie nie mogłem pozwolić na to, aby małe dzieci jadły kawę, która ma przecież szkodliwą dla nich jeszcze, kofeinę. W taki to sposób mogłem legalnie cieszyć się smakiem nowego przysmaku ;) . Po kilku godzinach jazdy przyszedł czas na późny obiad. O czasie na posiłek decydowały dzieci – jak się budziły znaczyło, że czas ten już się zbliża. Dojeżdżaliśmy właśnie do Rize, więc zatrzymaliśmy się na jego obrzeżach. Na stacji benzynowej dowiedzieliśmy się, że niedaleko jest mała restauracyjka – podążyliśmy więc wedle wskazań pracownika stacji benzynowej. To był dobry pomysł! Po drodze wstąpiliśmy do małego marketu. Tam chcieliśmy kupić jakieś tureckie smakołyki. Oczywiście nie były to takie „zwyczajne” zakupy, bo od razu gdy zapytaliśmy pana z obsługi o figi nadziewane orzechami ochoczo przyszedł nam pomóc, do tego w komunikacji pomagały nam dwie Turczynki… ostatecznie dowiedzieliśmy się że te figi już się skończyły… takim to sposobem nabyliśmy regionalną, ale znaną w całej Turcji i nie tylko herbatę Caykur (odmiana Filiz Çayi) właśnie z okolic Rize – polecamy nawiasem mówiąc, jest znakomita!

W końcu tak jak mówił pracownik stacji benzynowej dotarliśmy do małej restauracyjki. Idąc ulicami miasta wzbudzaliśmy powszechne zainteresowanie – nic dziwnego cztery blade lica i blondwłose głowy, w tym dwie na jednych nogach – czyli Hanka u Sylwii w nosidle, może wzbudzać zainteresowanie w tym mało, jak zauważyliśmy, turystycznym regionie Turcji.

W restauracyjce zostaliśmy bardzo miło przyjęci – mimo że podobnie jak w sklepie nikt nie mówił tu w innym języku jak tylko po turecku, to dogadaliśmy się na migi bez problemu. Końcowo wybraliśmy dania z obrazka :) . Mężczyźni którzy nas obsługiwali bardzo miło i spontanicznie reagowali na nasze dzieci, a odważny jak nigdy Jakub śmiało poszedł z kucharzem do oddzielonej części gdzie pan przygotowywał ciasto, które następnie miało być upieczone. Jakub był wszędzie, pomagał przy cieście, biegał obok pieca… nawet się trochę przestraszyłem gdy to widziałem! Ale kucharz był bardziej niż gościnny – podsadził nawet Jakuba aby mógł zajrzeć do wnętrza pieca! Słowem dziecko sprzedane! :) Nie muszę chyba mówić, że dania które wybraliśmy były pyszne! Po zjedzeniu jeszcze chwile dzieci pobawiły się z pracownikami. Jakub i Hania przechodzili z rąk do rąk… śmiali się, skakali, byli podnoszeni ponad głowy – wszystko bardzo bezpiecznie i bez naruszania naszej prywatności, czuliśmy się jakbyśmy przyjechali do starych znajomych! Na koniec żegnaliśmy się chyba z 5 minut – pytano nas (na migi oczywiście) skąd jesteśmy (czy z Niemiec – nie wiem czemu, czy Niemcy to blondyni?), gdzie jedziemy… Musieliśmy też obiecać, że w czasie powrotu zajrzymy do nich ponownie! Jak w domu! :) W taki to sposób Jakub został tureckim kucharzem.

 

Jakub na zapleczu restauracji z kucharzem :)

 

Zjedliśmy na zewnątrz :)

 

Na koniec jeszcze kilka praktycznych słów o Turcji. Jazda po tureckich drogach należy do jednych z większych przyjemności jakie nas spotkały. Szerokie dwupasmowe krajówki i trzypasmowe autostrady – niestety płatne, ale i tak jest nieźle: niespełna 600km za 50zł! Na pierwszej bramce kupuje się specjalną kartę zbliżeniową już doładowaną 50 TRL. Ta kwota starczyła nam na podróż w obie strony po tureckich autostradach – ponad 1100km.