05. JAK HANIA ZAROBIŁA SWOJE PIERWSZE 30 EURO?

Po kilku dniach spędzonych w Turcji czas już opuszczać ten gościnny kraj i powitać Gruzję! Nie było to jednak tak proste jak nam się wydawało. Po późnym obiedzie w Rize do granicy w Sarp mieliśmy około 100km. Dzieci zasnęły zaraz po ruszeniu.

 

Wspaniałe widoki z drogi wiodącej wzdłuż Morza Czarnego – na drugim planie mała wysepka :)

Do granicy z Gruzją coraz bliżej…. 

 

Na granicę przyjechaliśmy już po zmroku. Na miejscu okazało się że kolejka aut osobowych do przejścia jest bardzo długa – około 3-4 km! Po godzinie stania w kolejce/ podjeżdżania dzieciom znudziło się siedzieć w samochodzie. Wyszliśmy z nimi zatem, aby postać przy samochodzie. Sceneria ciekawa: noc, duży księżyc w pełni, gwiazdy na niebie, do tego wiatr i fale rozbryzgujące się o 10-15 metrowy skalny klif po drugiej stronie ulicy. Dochodziła już północ lokalnego czasu gdy byliśmy świadkiem ciekawej sytuacji. Jakąś godzinę wcześniej nie zdążyliśmy w porę na kolejny podjazd o 10 metrów i wcisnął się przed nas pewien Turek terenowym SUV-em. Trąbienie wielu ludzi z kolejki stojących za mną i moje niewiele dało – trudno się mówi, będziemy odprawieni o jedno auto później. Gdy już byliśmy bardzo blisko terminalu zobaczyłem we wstecznym lusterku grupkę mężczyzn idących bardzo zdecydowanie wzdłuż samochodów w kierunku przejścia granicznego. Nie czułem zagrożenia, ale na wszelki wypadek zamknąłem nas centralnym zamkiem. Gdy owa grupka przechodziła obok nas zauważyłem, że to sami Turcy, było ich czterech czy pięciu, jeden z pałką. Podeszli do SUVa przede mną i głośnymi krzykami wymachując rękami zaczęli robić aferę. Szybko przyłączyło się do nich jeszcze kilku Turków. Kierowca z samochodu przede mną był widać uparty – nie chciał się ruszyć. W końcu jakoś wyciągnęli go z samochodu. Wymachiwali mu rękami przed nosem wszyscy krzyczeli, z wielu samochodów za mną słyszałem dźwięk klaksonów – popierających „akcję” :-) . Do żadnych rękoczynów nie doszło. Mimo, że tych prawie dziesięciu Turków wyglądało na niezwykle zdeterminowanych i wręcz agresywnych, nikt nikogo nie uderzył. Wszystko odbyło się w dość kulturalny sposób, jeśli da się taką interwencję kulturalnie przeprowadzić ;-) . Po tej akcji stwierdziłem, że postąpili dobrze – nie wygnali gościa zaraz po tym jak się wepchnął – wtedy do końca kolejki było jakieś 500m. Za to teraz musiał z samego początku kolejki przejechać na jej koniec, który zapewne się wydłużył, czyli po godzinie czekania czekały go jeszcze co najmniej 3 kolejne – jak to mówią oliwa zawsze sprawiedliwa ;) .

Przekroczenie granicy nie miało się różnic niczym od naszych dotychczasowych doświadczeń, a jednak różniło… Po odprawie w dwóch pierwszych okienkach nadszedł czas na ostatnie okienko po tureckiej stronie. I tu pojawił się problem. „Problem” podszedł do nas pod postacią starszego grubaska który zapukał do mojej szyby. Uchyliłem nieco szybę i kiwnięciem głowy zapytałem „o co chodzi?”.

– Gawarit pa ruski? – zapytał grubszy pan.

– Da, niemnoszka. – odpowiedziałem oschle.

– Otkuda wy tu?

– Z Polszy.

– Strochowanie  z wami? – zapytał o ubezpieczenie.

– Da, da u nas jest.

– Haraszo, daswiedania.

– Daswiedania. – wydusiłem z lekceważeniem.

Po cóż on pyta o ubezpieczenie? Nie był to żaden pracownik przejścia granicznego, ani nikt inny jak tylko zwykły cinkciarz chcący wcisnąć jakieś tam ubezpieczenie. Nie zadręczałem się zbyt długo myślami o nim. Po chwili nadszedł czas na naszą kolej do ostatniego okienka. Podjeżdżam, a tam przed okienkiem stoi dwóch mężczyzn ubranych po cywilnemu. Podjechałem więc bardzo blisko okienka, tak aby dać do zrozumienia, że nie chcę mieć nikogo pomiędzy mną a urzędnikiem celnym. Jeden z mężczyzn odszedł, gdy to zobaczył (z resztą dwóch by się na pewno nie zmieściło, a i ten uparty który został musiał wciągnąć brzuch, żeby nie być zepchniętym przez wystające lusterko). Nie ukrywam, byłem wtedy zmęczony jazdą i długim oczekiwaniem w kolejce, a zniecierpliwione i popiskujące dzieci tylko to potęgowały, więc nie starałem się być miły tam, gdzie to uznałem za zbędne. Uparty mężczyzna, na którym wymusiłem publiczne wciąganie brzucha ( co wyglądało naprawdę zabawnie :D ), tylko spojrzał na mnie marszcząc brwi, a jego pytający wyraz twarzy oświadczał: „co ty wyprawiasz smarkaczu?!”. Oczywiście udałem, że to przypadek i nie zauważyłem, że jestem aż tak blisko. Stanąłem. Wyciągnął rękę po moje dokumenty. Nie dałem! Patrzę na urzędnika w budce i do niego wyciągam rękę z dokumentami, ale urzędnik był na tyle leniwy, że nie chciało mu się podnieść zadka z krzesła i tylko skinął, abym dał je uparciuchowi, a on je poda. Ok, no to niech już przekaże. Uparciuch wyglądał na podejrzanego od samego początku. Nie załatwiał tam żadnej swojej sprawy, nie był w mundurze… a nie wydaje mi się, aby jakiekolwiek, nawet najbogatsze państwo zatrudniało na swoich granicach kogokolwiek na stanowisku „podawacz dokumentów”. Uparciuch zanurkował głową w okienko i przez chwilę mogliśmy „podziwiać” jego wytarte dżinsy. Gdy się wynurzył, usłyszeliśmy od celnika, że musimy zjechać na bok, bo jest jakiś „PROBLEM”. Celnik wskazał na uparciucha, a ten pokazał nam gdzie dokładnie mamy czekać. Nie wychodząc z auta pytam się o co chodzi? Znów łamanym rosyjskim słyszę, że celnik wpisując nasze nr rejestracyjne w komputer zobaczył PROBLEM. Jaki problem pytam? A że jakieś fotografie są z naszymi numerami… Hmmm… no tak – dość prawdopodobne – pomyślałem. W Turcji na większości tuneli obowiązuje ograniczenie do 70km/h a każdy wjazd i wyjazd są monitorowane kamerami, wiec i fotoradar też mógłby się tam zmieścić. Nie muszę chyba wspominać, że zdarzało się, że jechałem powyżej tego ograniczenia – czyli tak jak wszyscy miejscowi, a nawet wolniej. Problem więc wydał mi się bardzo prawdopodobny. Wyszedłem z auta. Dzieci się pobudziły. Hania głodna, Jakub zmęczony siedzeniem i z chęcią oboje by się już położyli spać, a tu w pełnym świetle i ogólnym jazgocie nie dawało się znaleźć nieco spokoju. Pytam się uparciucha o co chodzi? On mi na to, że teraz mamy tutaj (wskazał parking gdzie stało jakieś 20-30 osobówek) czekać do rana, bo rano przychodzi szef zmiany i wystawi nam mandat 70 euro.

– 70 euro!?! – zdziwiłem się.

– Da, ale moment może budiet niemnoszka malsza – za 50 euro wam nada pajechac do Gruzji.

– 50 euro!?!? – zdziwiłem się. Pamiętam moje oburzenie – może dlatego że przywykłem do łapówek w wysokości połowy mandatu, a nie 70%!

– Pocziemu 50 euro?! Ja mogu dac tolka 20 euro. – zaczełem się licytowac mając w pamięci tureckie zwyczaje.

– Niet! – popukła się w głowę – wam nada dawac 50 euro siczas ili tu na nocz ostawac, a utra dawac 70 euro.

– Jesli ja dam 50 euro ja nie budiet mieć dziengi na benzynską stanice szto by do Polszy pajechac. U mnienia Tolka 20 euro. – nie daje za wygraną.

Tak licytowaliśmy się jeszcze kilka minut. W końcu uparciuch powiedział:

– Ok, można dawac 30 euro i możet być haraszo.

Tylko na to czekałem – zmiękł więc nie licytował w imieniu urzędasa, ale też swoim! Ha! Tu go mam.

– U mnienia jest wiremia szto  by pagawaric z żonoj. – i wróciłem do samochodu. Opowiadam Sylwii co i jak… Więc może by już odżałować te 30 euro i jechać dalej bo Hanka płacze, Jakub już zasnął bez kolacji. Tak się zastanawiamy chwilkę, aż tu nagle pomysł mi przyszedł do głowy.

– Daj Hanię, idę do celnika.

Stało się tak, jak się tego spodziewałem – Hania zaczęła głośno płakać! Uparciuch spojrzał na mnie co ja robię i ze zdziwieniem obserwował jak przechodzę obok niego i idę dalej do okienka. Machnął ostentacyjnie ręką. Przy okienku akurat był obsługiwany inny kierowca. Musieliśmy poczekać. Hania na szczęście ciągle płakała, bo ją zabrałem od mamy – ostoi bezpieczeństwa. Bardzo dobrze, pomyślałem, i tym bardziej przybliżyłem się do okienka, aby celnik nie stracił żadnego z jej nawet cichszych kwileń. Niech słucha! W końcu moja kolej. Tym razem my – razem z Hanią nurkujemy do budki celnika. Podaję dokumenty. Celnik patrzy na Hankę, która tylko chce się przytulać wyrażając głośno naglącą potrzebę snu. Niby spojrzał w dokumenty, niby zerknął w komputer – widzę że niczego nie wpisuje, a na monitor tylko rzucił okiem. Zamknął międzynarodowe prawo jazdy wsadzając do środka zieloną kartę i dał mi mówiąc gestem „Jedzcie już stąd!”. Pytam:

– Problem?

– No, no problem – jeszcze raz pokazał ręką w stronę gruzińskich celników.

Podziękowałem i zabierając dokumenty wróciłem do samochodu. Hania przestała płakać gdy skierowaliśmy się w stronę samochodu. Wracając nie widziałem już ani uparciucha, ani grubasa który pytał o ubezpieczenie – zmyli się.

W taki oto sposób Hania „zarobiła” swoje pierwsze 30 euro!

 

Po stronie gruzińskiej odprawa to zwykła formalność. Jedyną nietypową procedurą jaką zauważyliśmy to konieczność pokazania twarzy do kamery podłączonej do komputera – robi się tu zdjęcie każdej wjeżdżającej osobie.

 

Takim to sposobem po 2 w nocy czasu gruzińskiego zatrzymaliśmy się na pierwszym przygranicznym Wissolu (gruzińska marka sieci stacji benzynowych). Jeszcze zanim położyliśmy się spać skorzystaliśmy z największego luksusu, jaki do tych czas spotkaliśmy na stacjach benzynowych. Był to prysznic! Nie dość, że darmowy to jeszcze czyściutki, z ciepłą wodą – widać że to nowa stacja! :DCiepły prysznic to jest to, czego nam brakowało przez ostatnie dni!

Jesteśmy na miejscu, stres związany z odcinkiem „tranzyt” zszedł ostatecznie – czas spać, w końcu już trzecia.

Dobranoc!

 

Poranek na gruzińskiej stacji w okolicach Batumi :D