06. ZIELONE GONIO, CIEMNE CHMURY I CZARNE MORZE

 

Skoro już dojechaliśmy do granic naszego celu, przeszliśmy do drugiego etapu naszego wędrownickiego wyjazdu: Chillout, czyli odkrywanie powoli :).

Pierwsza noc nie była rewelacyjna – padało do samego rana… właściwie nie wiem do której, przez te ciemne chmury słońce nie obudziło nas zbyt wcześnie – jedyny plus takiej pogody;)! Okazuje się, że w okolicach Batumi jest sporo do zwiedzania. Po śniadanku wyruszyliśmy w miasto i już tutaj zderzyliśmy się ze swoistym „ładem” w ruchu ulicznym… ładem po gruzińsku!

Tu należy się kilka słów wyjaśnienia, co nie będzie łatwe. Otóż zasady ruchu drogowego, nawet te najbardziej ogólne jak ruch prawostronny, znaczenie linii ciągłej a przerywanej, wielkie, białe prostokąty namalowane na asfalcie przypominającym niektórym zebrę czy inne najbardziej oczywiste dla nas – Polaków, zasady są absolutnie NIEPRZYDATNE! DO BANI! Wręcz przeszkadzają!

Jak zatem wygląda poruszanie się samochodem po ulicach (zasadniczo po ulicach, ale nie tylko) w Gruzji? Hmmm… powiedziałbym, że nawet największy z polskich ułanów się chowa! Tak – chodzi o fantazję! A Gruzinom jej odmówić nie można… oj nie… 😀

Więc tak, jeśli chodzi o to, co udało nam się zaobserwować: brak jednoznacznego rozróżnienia czy jedziesz po ulicy jedno, dwu czy trzypasmowej – ile samochodów się zmieści w danym miejscu tyle jest tam akurat pasów, brak przejść dla pieszych – nagle idzie Ci jakiś koleś wprost pod koła i co? Nie! W żadnym razie nie hamuj i go nie przepuszczaj – potraktuj go jak pachołek, nie nawet nie, jak kałużę, albo coś mniejszego – możesz ominąć, nie musisz, jak wjedziesz nikogo nie ochlapiesz*. Kolejne: jak na Ciebie kilka razy krótko trąbią to znaczy, że jesteś wyprzedzany – widać nie wszystkie auta są wyposażone w lewe lusterko zewnętrzne ;). Jak jedziesz „drogą krajową” tj. taką między miastem a miastem i w jakiejś miejscowości jest rondo to co? To pierwszeństwo na rondzie mają Ci, którzy jadą ową krajówką, a nie Ci, którzy już na rondzie się znajdują! Jaki jest najlepszy moment, żeby wyprzedzać sznureczek 3-4 TIRów? Oczywiście jak na ulicy namalowana jest linia ciągła i gdy droga zakręca pod górkę! ( a co – przecież TIR zawsze zjedzie starej Ładzie jadącej o 10km/h szybciej, nawet jeśli nie ma pobocza i zaryzykuje urwanie koła na olbrzymich dziurach). Coś, czego dowiedzieliśmy się od Valerego (hmmm.. o nim szerzej nieco później 🙂 ): jak jedziesz autem na unijnych numerach rejestracyjnych to policja nie zwraca na Ciebie uwagi. Jeśli oczywiście nie masz wypadku, nie jeździsz od krawędzi do krawędzi itd, ale o tym może jednak później… wróćmy do Batumi… Ech Batumi…

img_3064img_3065img_3066img_3067img_3072

 

 

 

Może i pola wokoło są kolorowe, może i kiedyś uprawiano tu herbatę (nawet na pewno!), ale jedno jest teraz dla nas pewne: Batumi to Las Vegas Kaukazu! Tak, kilka tygodni przed naszym przyjazdem władze Gruzji zniosły obowiązek wizowy dla Rosjan. Dlaczego? Właśnie z powodu kasyn! W Rosji kasyna są nielegalne, a w Gruzji, a jakże – legalne! Dlaczego by nie zarobić na wrogu? Może zbyt dobitnie powiedziane „wrogu”. Jak zauważyliśmy zwykli Gruzinie nie noszą w sobie jakiejś przesadnej nienawiści do zwykłych Rosjan. To też raczej temat rzeka na kolejny wpis – może innym razem.

Ok., Batumi. Batumi to miasto bardzo szybko rozwijające się, w wielu miejscach coś budują, to nowoczesne hotele, to nietypowe budowle/posągi/dzieła sztuki nowoczesnej. To miasto, gdzie nie powstydziłby się przyjechać prezydent jakiegoś kraju na wakacje, to miasto w pełni europejskie! Nie jest zbyt duże, ale rozmach z jakim jest rozbudowywane i modernizowane zasługuje na zauważenie! Miasto, w którym zachody słońca na niezbyt wyraźnej linii horyzontu, na której zacierają się granice między Morzem Czarnym, a niebem w podobnym kolorze wyglądają powalająco! Miasto kurort, do którego ściągają turyści z całej Gruzji, wielu z Rosji, a co ciekawe bardzo wielu z krajów Bliskiego Wschodu: z Iranu, Iraku i oczywiście z pozostałych państw kaukaskich: z Armenii i Azerbejdżanu. Miks narodowo-kulturowy wśród turystów tworzy oblicze Batumi, miasta niespełna 200 tysięcznego, jawiące się jako tolerancyjne i wielokulturowe. Choć to nie do końca prawda. Tolerancyjne, tak. Wielokulturowe, niekoniecznie.

W centrum z łatwością znaleźliśmy informację turystyczną i tu miła niespodzianka: dobrze przygotowany personel często mówiący po angielsku, mimo że „oficjalny” język turystyczny w Gruzji to rosyjski, dużo wartościowych informacji i darmowe mapy zarówno regionu jak i miasta! Trzeba przyznać, że jeśli chodzi o te placówki, to stoją na naprawdę wysokim poziomie i zachęcają turystę do odwiedzin czegoś więcej niż tylko pokoju hotelowego i plaży! Przeszliśmy się po bulwarze wzdłuż plaży, temperatura nie rozpieszczała, podobnie jak aura, więc na kąpiel się nie zdecydowaliśmy, ale fale nogi nam zmoczyły :).

img_3075img_3083img_3084img_3085img_3086img_3087img_3088img_3090

 

 

 

 

Przespacerowaliśmy się wzdłuż ładnego, nowego bulwaru ciągnącego się kilka kilometrów, na którego końcu jest m.in. Oceanarium. Fajnym pomysłem jest wypożyczalnia rowerów zrobiona w podobnym stylu jaki widzieliśmy kilka lat wcześniej będąc w Berlinie. Batumi to rozciągnięte na około 8 km miasto portowe, więc i pojeździć jest gdzie :). My po dłuższym spacerze zgłodnieliśmy i podpytaliśmy się przypadkowo napotkanego Pana o miejsce, gdzie możemy coś zjeść – wyjaśnił nam, że bary z pizzą i innymi europejskimi potrawami są niedaleko. My jednak stanowczo odmówiliśmy. Poprosiliśmy, aby nam wskazał typowe miejsce, gdzie możemy skosztować gruzińskiego jedzenia, miejsca, gdzie przychodzą miejscowi a nie turyści, gdzie można dobrze i niedrogo zjeść. Wtedy wskazał nam miejsce, o które nam chodziło! :). Na ulicy Parnavaz Mepe 61 jest restauracja wyglądacjąca od frontu jak baszta twierdzy, nazywa się Bremen. Wchodząc wzbudziliśmy spore poruszenie wśród pałaszujących swoje posiłki Gruzinów… Po chwili podszedł do nas jeden z klientów i zaproponował nam wolny stolik obok siebie, więc nie zastanawiając się dwa razy poszliśmy za nim. Tak, to był, jak się po 20 minutach okazało znakomity pomysł! Polecił nam Khinkali – typowe pierożki w kształcie sakiewek z (zazwyczaj) mięsnym farszem z typowym dla khinkali rosołkiem w środku. Pycha! Proste, smaczne i pierne danie, do tego piwo i uczta gotowa :)! Pan, który nam polecił khinkali, sam jest z Tbilisi, ale ilekroć przyjeżdża do Adżarji, to zawsze je khinkali – mówi, że tu w Batumi robią najlepsze. I ma rację :). Po dobrym posiłku wracaliśmy do domu… fakt trafniej byłoby napisać do samochodu, ale w ciągu tych kilku dni stał on się naszym domem na kółkach. Przeszliśmy się jeszcze trochę bocznymi ulicami Batumi – warto odwiedzić. Życie tu nie jest tak szybkie jak w ścisłym centrum, gdzie pełno turystów, a to właśnie tutaj jest serce tego pięknego miasta, gdzie żyją zwykli Gruzini i gdzie zaglądają tylko nieliczni przyjezdni. Uliczki ze starą, oryginalną zabudową, dużo mniejszy ruch, małe hoteliki, ludzie siedzący sobie na stołkach przed domem na chodniku… ot inne oblicze Batumi.

 img_3091img_3092

 

Następnego dnia postanowiliśmy odwiedzić Gonio. Gonio to pozostałości po najważniejszych fortyfikacjach miejskich imperium rzymskiego w zachodniej Gruzji. Kupiliśmy bilety, weszliśmy do środka. Nie zdążyliśmy nawet zrobić 10 kroków, gdy do okienka kasy przyszła przewodniczka, jak się później okazało – polskiej wycieczki. Niewiele myśląc poczekaliśmy chwilkę na boku i cichaczem podłączyliśmy się pod grupę rodaków. Wiem, może to i głupio, może i wstyd, ale innej okazji usłyszenia czegoś o tym miejscu nie mieliśmy – przewodnika nawet władającego po rosyjsku na miejscu nie było, nie było żadnego przewodnika, więc braliśmy co było ;). Wszystko szło dobrze, nie rzucaliśmy się w oczy, szliśmy po prostu przed siebie powoli spacerując z dziećmi celowo zachowując milczenie… aż tu nagle Jakub, który niepostrzeżenie oddalił się od nas na jakieś 10m krzyczy: „Tata! Tu jestem!” I cały niecny kamuflarz strzelił w łeb! Ale co tam, nie daliśmy po sobie poznać, odpowiedziałem jedynie: „Dobrze, widzę Cię”… I tak się zaczęło – turyścsi zaczęli nas zagadywać, czy też jesteśmy z tej wycieczki, bo nas wcześniej nie zauważyli z takimi małymi dziećmi… Nie z wycieczki to jak się tu znaleźliście? Samochodem, ale z Polski?! Nie mogli uwierzyć. I z dziećmi, a nie baliście się, a nie było wam ich szkoda? Acha – śpicie w samochodzie… dodała jedna starsza pani z nie dającymi się ukryć wyrazami współczucia mieszającymi się z wyrazem politowania… No tak… podróż naszych marzeń a tu się nad tobą litują rodacy… nie ma co – widać nie czują klimatu wędrowania. Nic do nich nie mam, przecież najcenniejsze w innych jest to że jesteśmy różni – nie możemy wszyscy tak samo myśleć :). Ok, pani przewodniczce się akurat nasz pomysł na podróżowanie spodobał i dopytywała o wiele rzeczy związanych z podróżowaniem z małymi dziećmi, a my cieszyliśmy się, że możemy podzielić się swoimi doświadczeniami :). Jak się okazało nie było to ostatnie spotkanie z wycieczką naszych rodaków w czasie tego wyjazdu… ale wszystko w swoim czasie :). Obeszliśmy tak rozmawiając i słuchając o Gonio całą twierdzę. Wycieczka musiała już jechać dalej na podbój nowych atrakcji z serii „Must see” w tępie expresu, a my zostaliśmy jeszcze,żeby  nieco pochodzić po ogromnym terenie twierdzy. Wdarapaliśmy się z Jakubem na mury, porobiliśmy zdjęcia.. aż nagle w jednym z rogów prostokąta jaki tworzą mury obronne zobaczyliśmy nieznane nam drzewo. Przy jego pniu znalazłem gałąź z zawieszonym na niej owocem. Drzewo było wysokie – sięgałoby około 3-4 piętra bloku… ale takich owoców jeszcze nie widzieliśmy. Owoc był twardy – prawie pewne, że jeszcze niedojrzały – z trudem oderwaliśmy go od ułamanej gałęzi, pozostałe dzielnie wisiały i zmagały się z wiatrem od morza. Fakt – nie wspomniałem twierdza znajduje się kilka km na południowy wschód od Batumi – w kierunku granicy z Turcją i praktycznie tylko szerokość drogi i plaży obok niej dzieli tę twierdzę od Morza Czarnego. Stąd ów wiatr. Zabraliśmy owoc ze sobą. (Kto by się mógł spodziewać, że przełożony nieco później do jednej z kieszonek dziecięcego organizera samochodowego, spełniającego takźe funkcję ochronną przed brudnymi butami dziecka a fotelem pierwszego rzędu w samochodzie, dojedzie ów owoc z nami do samego Torunia – wysuszony na wiór z zapomnienia i tęsknoty… 😉 Dobrze zresztą, że nie zgnił… ). Zgłodnieliśmy, więc pojechaliśmy do Batumi, aby trochę jeszcze poznać to nieduże miasto i coś zjeść. Szukając wolnego miejsca parkingowego byliśmy świadkami, co robi się w Batumi z samochodami zaparkowanymi na zarezerwowanym dla hotelu parkingu na ulicy… Irańczyk – jak mniemam po rejestracji auta – będzie niemiło zaskoczony gdy tu wróci, no chyba że w hotelu jest kasyno i właśnie przegrał tam swój samochód… kto wie? 🙂

img_3101img_3102img_3108img_3109img_3112img_3119img_3114img_3117

 

 

 

 

 

Tym razem nie trafiliśmy już tak dobrze. Mowa oczywiście o miejscu, w którym się znaleźliśmy szukając czegoś gruzińskiego do zjedzenia. No i znaleźliśmy: bar w którym jedyną rozsądną rzeczą, którą mogliśmy zamówić będąc z dziećmi były naleśniki… do naszych z toruńskiego Manekina się nie umywały, ale dało się zjeść i na pewno nam nie zaszkodziły :). Pod wieczór stwierdziliśmy, że przydałoby się już dziś opuścić Batumi z miejscową gościnną stacją benzynową, na której nocowaliśmy już trzy noce. Szkoda, kto mógł przewidzieć kiedy następnym razem znajdziemy nowiutką stację z jeszcze nowszymi prawie nie używanymi prysznicami, a właśnie, chyba nie pisałem o tym. Stacja benzynowa Wissol, na której rozgościliśmy się w czasie tych kilku dni była nowa, świeżo oddana, z jeszcze pustym budynkiem w którym dziś już pewnie mieści się restauracja lub sklep. W toalecie nie tylko takie luksusy jak ciepła woda, inaczej niż na większości tureckich stacji, ale nawet po dwa prysznice zamykane od środka. Nie zabrakło takich akcesoriów jak mydło, ręcznik i papier… tak, widać że wzięli sobie do serca powiedzenie, że lokal najlepiej poznawać od toalety. Jak ona w porządku to i reszta też cię nie zatruje :).

Wyjechaliśmy w kierunku Poti. Po przejechaniu kilkunastu km i uzupełnieniu zapasów w małym sklepiku postanowiliśmy zatrzymać się na pierwszej napotkanej stacji benzynowej. Były to już obrzeża Kobuleti. Stacja znanej nam już, bodajże rumuńskiej firmy Rompetrol po zmroku wyglądała zachęcająco. Tak też było. Jeśli tylko liczyć się z faktem, że w Gruzji i gdzieniegdzie także w Turcji, tym bardziej na prowincji można spotkać stację bez betonowej nawierzchni, bez asfaltowej nawierzchni… bez żadnej nawierzchni – ot tak, na zwykłej czarnej ziemi stawiasz pan auto pod dystrybutorem i tankujesz…. A jak się co wyleje to i posypywać niczym nie trzeba jak to w Unii, ani nawet nie śmierdzi jakoś strasznie – sama ekologia… ale chwila, stop – na temat ekologii jeszcze kiedyś napiszę, nie czas na to teraz!

Na kolację zjedliśmy nieco kanapek wcześniej przygotowanych, a zwieńczeniem uczty miał być nasz pierwszy gruziński arbuz – kupiony w owym małym sklepiku godzinę wcześniej. Tak też było – arbuz był wyśmienity… na stacji już jakieś 2 godziny po zachodzie słońca, a my siedzieliśmy sobie i wcinaliśmy pysznego soczystego i słodkiego jak rzadko można spotkać arbuza… uczta pełną gębą! Pisząc „my” miałem na myśli Sylwię i siebie – dzieci słodko spały w naszym „samochodowym łożu” buehehe ;). Nasz przyjazd nie wzbudził zbytniego zamieszania – właściwie zachowywaliśmy się cicho, więc nikt poza jednym pracownikiem stacji nas nie widział, ale gdy tak sobie siedzieliśmy przy stoliku – stał przed małym budyneczkiem obok stacji – i wcinaliśmy tego arbuza, jeden z młodych, może 20-sto paroletnich chłopaków wyszedł na papierosa. Po chwili pokazał się i drugi. Podeszli do nas powoli rozmawiając i śmiejąc się przyjaźnie. Poczęstowaliśmy ich arbuzem – był naprawdę duży, więc nie było czego żałować i porozmawialiśmy chwilę. Polecali nam plaże w Kobuleti i park narodowy Mtirala, w którym można zobaczyć płaczące góry. Jakie płaczące góry? Otóż w Adżarii panuje klimat podzwrotnikowy / subtropikalny, charakteryzujący się wysoką temperaturą – około 28 stopni i bardzo wysoką wilgotnością powietrza – średnio 90%. Otóż woda z Morza Czarnego jest ciepła, słońce jeszcze dodatkowo ją podgrzewa i wpływa na jej parowanie, woda w postaci pary unosi się do góry, formując małe skupiska, które wiatr od morza, czyli zachodni, kieruje na wschód. A tu co? A tu wysokie wyrastające jakby wprost z ziemi do nieba góry zatrzymują te chmury na tyle długo, że w postaci czegoś między mgłą a mżawką para wodna skrapla się do postaci wody i wręcz ścieka po zboczach gęsto zalesionych gór parku Mtirala. To właśnie tam znajduje się ta płacząca góra.

Naładowani nowymi wiadomościami położyliśmy się spać do dzieci rozmyślając nad kierunkiem jaki następnego dnia obierzemy…

*bez urazy dla kogokolwiek – autor nie miał na celu nikogo urazić 🙂