07. TAMADA ZAWSZE WYGRYWA

Przebudziliśmy się wcześnie z rana, jak na polski czas, czyli po 9-tej czasu gruzińskiego :). Właśnie kończyliśmy śniadanie, gdy podszedł do nas jeden z klientów stacji benzynowej i zagadał: a skąd, a dokąd… itd. :). Lubimy takie spotkania z przypadkowo spotkanymi ludźmi, więc mówimy co i jak: że z Polski, że przyjechaliśmy poznać Gruzję i Gruzinów… Bardzo się ucieszył ów Pan. Jak się okazało jest biologiem i geografem w jednym. Od słowa do słowa pochwalił się nam, że po studiach prowadził badania nad florą Karpat na pograniczu ukraińsko – słowacko – polskim. Polecił nam, podobnie jak chłopaki ze stacji paliw poprzedniego wieczoru, park Mtirala oraz rezerwat przy rzece Kintrishi. Ponieważ duża wilgotność utrzymująca się od kilku dni, już nam doskwierała nie chcieliśmy się pchać w jeszcze bardziej mokre i ciężkie okolice. Wybraliśmy Kintrishi. Wyjaśnił nam dokładnie jak tam dojechać, powiedział na co zwracać uwagę i w ogóle opowiedział o tym regionie. Przesuwając jeszcze palcem po mapie powiedział nam na co jeszcze  powinniśmy zwrócić uwagę w czasie dalszej eksploracji Gruzji. Nie zwlekając wiele spakowaliśmy się i z zapasami pojechaliśmy w górę! Tak, w górę, ponieważ rezerwat Kintrishi znajduje się na wysokości około 2500m n.p.m., a rozciąga się na obszarze około 14 hektarów. Do samej granicy rezerwatu, jak dowiedzieliśmy się od pana ze stacji benzynowej, można dojechać samochodem i nie musi to być samochód z napędem na 4 koła… Dobrze, więc ruszyliśmy. Mimo, że wysokość na jaką mieliśmy wjechać jest porównywalna z najwyższym szczytem Polski, to nasza Dacia dzielnie pięła się w górę! Zaledwie po kilku kilometrach skończył się asfalt, a na nawierzchni pojawiły się kamienie, początkowo małe, z czasem coraz większe, osiągające niewiele mniej niż 20 cm średnicy… Przy ostrych, serpentynowych zakrętach, oczywistym była redukcja do jedynki i tak umiejętne i delikatne operowanie gazem i hamulcem, aby nie zerwać przyczepności – mogło to oczywiście grozić staczaniem się auta w niekontrolowany sposób w dół.

img_3121img_3130img_3135img_3158img_3143img_3159img_3162img_3163

Po kilkunastu kilometrach pokonanych z prędkością 5-10 km/h byliśmy szczęśliwi, gdy naszym oczom ukazał się zabytkowy, stromy most z jedenastego wieku, o którym tyle słyszeliśmy od pana geografa. Dopiero od osób spotkanych na miejscu dowiedzieliśmy się, że nie dotarliśmy jeszcze do granic rezerwatu. Powinniśmy pojechać w górę jeszcze około 15 km! Jednak skoro już się zatrzymaliśmy postanowiliśmy tu nieco odpocząć. Gruzin, który nas przywitał w tym miejscu jest (jak się okazało) bardzo przedsiębiorczym człowiekiem! Wykorzystując walory miejsca i własne możliwości na stosunkowo płaskim terenie, po przeciwnej stronie rzeki niż droga którą przyjechaliśmy, w okolicy mostku zorganizował, jak to  sam nazywał, małe „Kafe”. Była to właściwie miła restauracja pod gołym niebem, z kilkoma stolikami rozstawionymi w niezwykle atrakcyjnych miejscach. Pierwszy do jakiego nas zaprowadził, był osadzony na pochylającym się w kierunku rzeki drzewie. Drzewo wyrastało pochyło z małego urwiska i od rzeki z platformy, na której zbudowany był stół i ławki dzieliło nas jakieś  12 metrów! Nie zdecydowaliśmy się jednak, aby to było nasze miejsce odpoczynku :). Docelowo usadowiliśmy się w ładnym pawilonie ogrodowym, wybudowanym własnoręcznie przez właściciela. Nadeszła już pora obiadowa i tak my jak i dzieci już strasznie zgłodnieliśmy. Właściciel zaproponował nam menu, któremu trudno było się oprzeć! :D. Zamówiliśmy smażonego pstrąga, chaczapuri, szaszłyk wieprzowy, obowiązkowo arbuza i pieczone ziemniaki, które były tak pyszne, że na zdjęcie się już nie załapały ;). Ponieważ wszystko było robione na miejscu, ryba też, jak zapewniał nas właściciel własnoręcznie złowiona kilka godzin wcześniej, z rzeki Kintrishi, to musieliśmy na posiłek nieco poczekać, czas ten wykorzystaliśmy na podziwianie walorów okolicy. Zeszliśmy nad rzekę pod most, odpoczęliśmy na hamaku, dzieci zaprzyjaźniły się z miejscowymi pieskami :).

img_3173img_3175img_3185img_3187img_3189img_3190img_3192img_3196 img_3182img_3202img_3203img_3205img_3206img_3208img_3222

Po uczcie jaką był ten pierwszorzędny posiłek całkiem przypadkiem byliśmy świadkami jak właściciel „Kafe” odprowadzał gości z Rosji, którzy wymagali przeprowadzenia przez jakże wąski most. Mało tego po dziesięciu minutach ten sam właściciel przejechał po tym samym moście samochodem! Nic dziwnego – przecież to jedyna droga jak prowadziła do miasteczka w którym kupował zaopatrzenie dla swojego Kafe.

img_3215img_3218

Po odpoczynku jakim była dla nas ta wizyta, pożegnaliśmy się serdecznie i pojechaliśmy dalej – w górę! Po drodze dwa razy mijaliśmy się z innymi autami. Raz z nowiutkim terenowym mercedesem na rosyjskich numerach rejestracyjnych, a drugi z wiekową już Ładą Niva. Ciekawszym jednak spotkaniem było spotkanie z Kamazem! Jedziemy sobie spokojnie, zakręt… 500 metrów i zakręt… droga wąska – na szerokość jednego samochodu… aż tu nagle stojący Kamaz zastawia całą szerokość drogi! Czekamy chwilę, spoglądając na siebie z wymowną miną: „I co teraz?” Dzieci śpią, wieczór się zbliża, zadu**e jakich mało – żywego ducha, a tu Ci Kamaz zastawia drogę, o wycofaniu się na wstecznym nie ma mowy! Nie pozostało nic innego jak wyjść i sprawdzić o co chodzi… Jak się okazało to nic strasznego – po prostu tuż przed Kamazem, który też zmierzał w górę osunęło się zbocze z kamieni i ziemi. Kierowca wraz z drugim mężczyzną ręcznie przerzucali kamienie, aby móc przejechać. Pomogłem im więc czym prędzej. Właściwie już kończyli, więc na wiele moja pomoc się nie przydała, ale zawsze coś :). Gruzini podziękowali za pomoc, wsiedli do Kamaza i przejechali powoli. Bałem się tylko że za słabo wyrównali drogę – owszem kilkunastotonowy Kamaz z jakimś tam ładunkiem to przejedzie i przez rzekę, ale my – zwykłą osobówką? Nie było jednak tak źle. Panowie z Kamaza przejechali raz, potem powolutku cofnęli i tak kilka razy, aby wyrównać drogę. Wystarczyło to dla naszej Dacii – przejechaliśmy bez problemu!

img_3139img_3166img_3170img_3172img_3247

Do samego szlabanu oznaczającego koniec drogi dla zmotoryzowanych dojechaliśmy już bez żadnych atrakcji. Na miejscu za to, tuż przy szlabanie był dom, w którym mieszkali strażnicy rezerwatu: Kintrishi  Rangers. Przywitali nas miło i wpuścili na otwarty, równy teren campingu. Miłe, specjalnie przygotowane miejsce z toaletą, miejscem na ognisko, specjalnie wypoziomowanymi placami na postawienie namiotu – pełna kulturka i to wszystko oczywiście za darmo 🙂 (nie to co w „cywilizowanym świecie” gdzie za wszystko trzeba płacić, nawet za powietrze i słońce!). Na campingu nie byliśmy jednak jedynymi gośćmi, przy miejscu na ognisko, właśnie przygotowywali sobie kolację trzej studenci z Tbilisi. Po zaparkowaniu przeszliśmy się do nich, żeby nieco porozmawiać. Jak się okazuje angielski wśród młodego pokolenia jest dobrze znany w Gruzji i można się nim śmiało posługiwać. Nie powiem – było to dla mnie dużą ulgą, bo kaleczenie pseudo rosyjskiego w moim wykonaniu było dla mnie dość uciążliwe, a dla Sylwii, jako specjalistki tego języka – komiczne ;). Pod wieczór, który już się zbliżał, każdy z nas wyjął co miał i zjedliśmy wspólnie kolację. Nie był to jednak koniec tego gorącego, przepełnionego wilgocią wiszącą w powietrzu jak gęste firanki, dnia. To był zaledwie początek. Po kolacji do swojego domu/schroniska zaprosili nas strażnicy i tam dopiero się zaczęło! Przyszedł pewien, mieszkający niedaleko mężczyzna (dziwne, bo żadnych domów nigdzie nie widzieliśmy) , który jak się okazało podwiózł przed południem owych studentów z Tbilisi. Nie przyszedł jednak z pustymi rękami! Przyniósł flaszkę mioduchy – swoistej wódki własnej roboty o słodkim miodowym smaku i lekko żółtawym odcieniu. Zostaliśmy zatem zaproszeni na naszą pierwszą Suprę! 🙂 Razem ze studentami i dwoma strażnikami było nas ośmioro dorosłych oraz nasze dwa maluchy.  Dzieci dość szybko – jak na nich – posnęły i mogliśmy bez większych krępacji uczestniczyć w uczcie! Na stole wylądowały ciekawe potrawy. Coś co przypominało z wyglądu leczo, z kawałkami cukinii lub czegoś podobnego w prawdopodobnie pomidorowym sosie. Dopiero po kilku dniach dowiedzieliśmy się że była to cukinia w sosie adżika, ale o tym później. Na stole chaczapuri, rwany, świeży chleb gruziński i jeszcze kilka innych bliżej nie określonych potraw. Nic to jednak przecież, skoro i tak wszystko zaczęło się od pierwszego kieliszka… Najpierw krótka rozmowa, z której słowa nie zrozumieliśmy, potem już pierwszy toast. Najpierw po gruzińsku, a później po rosyjsku – abyśmy i my rozumieli. I tu należą się dwa słowa wtrętu: Przed przyjazdem do Gruzji znaliśmy jedno, jedyne słowo po gruzińsku: Gaumardżos – czyli nasze polskie „na zdrowie”. Więc słuchamy – tak jak i wszyscy wokół stołu – z uwagą pierwszego toastu. Wiedziałem, że są to nieco dłuższe toasty niż tylko „na zdrowie”, albo „za młodych”… no i rzeczywiście nieco dłuższy ten toast, aż w końcu pada jedyne słowo które rozumiem: „GAUMARDŻOS!” Wszyscy podnoszą trzymane w rękach kieliszki na wysokość wzroku i…. i nic! Odstawiają na stół, ciągle trzymając. Mało co nie zepsułbym wszystkiego gdy w ostatnim momencie cofnąłem kieliszek, który już dotykał ust! Ok – chyba nikt poza Sylwią nie zauważył, tacy byli wsłuchani w tamadę. Tamada to właśnie wznoszący toasty na gruzińskiej uczcie, zwanej Suprą.  Zazwyczaj na tamadę wybiera się najstarszego lub najbardziej zasłużonego spośród zebranych. Ja, po tamtej nocy wiem jedno – musi być najbardziej wyćwiczony, bo nie może odpaść jako pierwszy! 😉 Tak więc pierwszy toast wygłoszony po gruzińsku, a potem ponownie, ale po rosyjsku abyśmy my też coś zrozumieli był niezwykle podniosły i oczywiście długi. W czasie jednego toastu owe gaumardżos padało co najmniej cztery razy! Jednak tylko przy pierwszym byłem tak blisko strzelenia fau pau ! Toasty mówiły o Bogu, o ojczyźnie, o kobietach, o tych których już nie ma z nami, o bliskich… było ich naprawdę sporo, a były one tak ważne dla wszystkich, że nikt nie ważył się przeszkodzić czy nawet zrobić coś, co wybiłoby tamadę z rytmu. Były szczere. Był też toast za nas, że przyjechaliśmy, że mogliśmy się spotkać, że tu teraz razem jesteśmy i ucztujemy i cieszymy się razem. Gdy tamada widział, że czegoś nie rozumiem kazał Sylwii tłumaczyć z rosyjskiego na polski, abym wiedział za co kieliszek wychylam. A propos – mioducha była smaczna, słodka i niestety mocna! Kiedy już sobie pomyślałem, że dobrze że dno dużej butelki już tak blisko, bo powinienem skończyć, to ku memu zdziwieniu mężczyzna wyjął drugą flaszkę. Cóż było robić – Sylwia z racji, że kobieta – płeć delikatniejsza serdecznie podziękowała już po drugim kieliszku, ja więc musiałem ratować honor Polaków! J W pewnym momencie zostałem poproszony, abym też ja jako gość niecodzienny (a może nawet nieco wyjątkowy, bo z daleka) wygłosił jeden toast. Poczułem, że położono na me barki spory ciężar, bo jak ja będąc Polakiem, czyli wcale nieznający się na toastach miałem teraz i to jeszcze w takim stanie, wygłosić jakiś chociaż krótki, dwu minutowy toast i to jeszcze po rosyjsku! Może i lepiej że czasem po kilku kieliszkach człowiek nie pamięta wszystkiego zbyt dokładnie… ale wiem, że dałem radę, Sylwia trochę tłumaczyła, a wszyscy słuchali z uwagą i poważną miną… Siedzieliśmy długo, toasty ciągnęły się jeden za drugim, ale nie były nudne, o nie! Były to jakby opowieści o Gruzji i Gruzinach na przestrzeni wieków, o tym co dla nich ważne, jakie mają dziedzictwo, jakimi są ludźmi… Bardzo ciekawe doświadczenie.

img_3224img_3223img_3235-cenzuraimg_3243img_3246

Następnego dnia obudziłem się sam w samochodzie – słońce już mocno świeciło, a wkoło nikogo nie było. Zerwałem się szybko (chciałoby się napisać na równe nogi, ale przecież każdy wie, że nasz Logan aż tak wysoki to nie jest 😉 ) i rozejrzałem przez okna. Uuu… głowa… oj niedobrze, niedobrze… Wyszedłem z auta starając się nie robić gwałtownych ruchów… No cóż wczorajszy wieczór musiał być długi, a jak po chwili spotkałem wczorajszego tamadę w pełni sił biegającego to tu, to tam, coś załatwiającego to już wiedziałem: Tamada zawsze wygrywa!