Niespodziewanki

Jadąc sobie niespiesznie przez Turcję noclegi wypadały nam w różnych miejscach,ot tam gdzie akurat danego dnia dojechaliśmy lub tam gdzie słyszeliśmy, że warto się zatrzymać, a czasem po prostu tam, gdzie spodziewaliśmy się spotkać coś ciekawego. Czasem warto było się zatrzymać, a czasem nie. Jednym z miejsc które nas rozczarowało jest Karasu, czyli w swobodnym tłumaczeniu Czarna woda – miasteczko po którym spodziewaliśmy się zbyt wiele. Miejscowość położona nad Morzem Czarnym około 80 km na północny zachód od miasta Düzce. Pojechaliśmy tam, aby przejechać się wzdłuż morskiego brzegu i noc spędzić na plaży. Niby żadne wysokie wymagania, a jednak… Z mapy Turcji, jaką wozimy ze sobą niezmiennie od sześciu lat, wynikało, że trasa wiedzie przy samym morzu. I rzeczywiście, zasadniczo tak jest, jednak urokiem daleko jej do znanych nam widoków z wybrzeży Chorwacji czy Czarnogóry, a takich właśnie się spodziewaliśmy .

Poszukaliśmy sobie odpowiedniego kawałka plaży i polną drogą dojechaliśmy nad samiutkie morze, gdzie w zaciszu podziwialiśmy snujące się z wolna kutry rybackie w blasku chylącego się leniwie ku zachodowi słońca. Dzieci bawiły się na żwirowej plaży, a my przygotowywaliśmy ciepły posiłek. Nic szczególnego już dziś nie miało się wydarzyć, gdy tu nagle, gdy tylko słońce skryło się za horyzontem niewiadomo skąd przyleciały do nas całe chmary komarów, które za nic nie chciały odlecieć. Obsiadały nas na każdym odsłoniętym centymetrze ciała, tak, że można je było zabijać dłonią po 3-4 sztuki za jednym razem! Nasze zdziwienie było przeogromne. Nie wiedzieliśmy co robić. W ciepłej Turcji nad Morzem Czarnym takie stada komarów?!? Jak to?! Niewiele myśląc spakowaliśmy się czym prędzej do samochodu i ratowaliśmy się ucieczką. Pierwszy raz mieliśmy do czynienia z takim zjawiskiem. Dopiero rankiem po kolejnej nocce spędzonej na stacji benzynowej (niestety – nastawieni byliśmy na nieco bardziej… jakby tu rzec: romantyczne miejsce) poznaliśmy przyczynę takiego stanu rzeczy. Jak opowiadali nam miejscowi, w Karasu znajduje ujście całkiem duża rzeka Sakarya o długości ponad 800km (dla porównania Wisła ma 1047km długości). Stąd też komary znajdują w jej wodach bezpieczne schronienie i możliwość rozrodu.

Popijając leniwie czaj którym to tradycyjnie zostaliśmy ugoszczeni, kończyliśmy śniadanie. Nagle ni stąd ni z owąd na stole pojawił się arbuz i winogrona. Jakaś pani (prawdopodobnie żona pracownika stacji) zaopiekowała się Danielem, który wyjątkowo szybko nasycił się śniadaniem i z zaciekawieniem, wielkimi oczami chłonął otoczenie. Jeden z pracowników stacji dowiedziawszy się, że jedziemy do Gruzji przyznał się, że jego przodkowie byli Gruzinami i przyjechali do Turcji osiedlając się w wiosce nieopodal. Jego dziadkowie nie byli jedynymi, którzy uciekali przed stalinowskimi represjami i tak oto w Turcji powstała mała wioska, którą miejscowi nazywają Małą Gruzją. Rację mają Ci, którzy mówią że podróże kształcą 😉

– O tam na tych zboczach. – tłumaczył nam wskazując niewysokie wzniesienie po lewej.

Na naszej trasie spotkaliśmy jednak też ciekawe miejsca i to tam, gdzie się ich wcale nie spodziewaliśmy! Tak było w przypadku miasta Osmancik.

Kierowaliśmy się dalej na wschód w stronę granicy z Gruzją. Popołudnie już się kończyło i zbliżał się wieczór, gdy zajechaliśmy do miasta o niewiele nam mówiącej nazwie Osmancik. Znaleźliśmy doskonałą miejscówkę! Tym razem też na stacji benzynowej i to jakiej stacji! Duży plac parkingowy, wkoło sporo terenów zielonych (całkiem przyzwoicie zagospodarowanych), które można było bez przesady nazwać ogrodem. W tym ogrodzie dwie duże altany ze stolikiem i ławkami pośrodku. Idealne miejsce! Skorzystaliśmy więc z możliwości i rozbiliśmy się namiotem w skąpym cieniu małych drzewek. Nim jeszcze skończyliśmy się rozbijać już zostaliśmy zaproszeni przez pracowników stacji na Iftar. Iftar to uroczysta kolacja, a powiedziałbym nawet uczta. Mimo, że urządza się ją przez calutki miesiąc, codziennie, każda jest inna i wyjątkowa! Spożywa się ją tuż po zachodzie słońca w czasie jednego z najważniejszych muzułmańskich świąt Ramazan. Nie był to nasz pierwszy Ramazan, w czasie którego byliśmy w kraju muzułmańskim. Ponieważ jest to święto ruchome, zależne od kalendarza księżycowego, dlatego można na nie trafić o każdej porze roku, tak zimą jak i latem. Nasz pierwszy raz miał miejsce w 2008 roku, gdzie także byliśmy zapraszani na wieczorne świętowanie z naszymi gospodarzami. Powoli staje się to już tradycją ;). Jeśli gdzieś zawitasz, to przyjmą Cię, ugoszczą z pełną otwartością jak krewnego i czują się za Ciebie odpowiedzialni, abyś dobrze i bezpiecznie spędził czas będąc pod ich opieką. Niegrzecznie byłoby im odmówić, tym bardziej że i tak mieliśmy zamiar zaraz jeść kolacje.

W Karasu spodziewaliśmy się spokojnie wypocząć nocując na plaży, przyszły komary i tak dowiedzieliśmy się o Małej Gruzji. Po Osmancik nie spodziewaliśmy się niczego, a miasteczko to nas zaskoczyło. Tak już chyba jest, że często spodziewając się tego czy owego przychodzi rozczarowanie, natomiast nie spodziewając się niczego przychodzi miłe zaskoczenie.

Comments are closed.

Post Navigation