O polskim księciu i marmurze…

Do Turcji zawsze wjeżdża nam się spokojnie. Tak też było i tym razem. Jedyną zmianą są wizy, których nie wkleja się już do paszportu a jedynie pokazuje na ekranie laptopa/ smartfona/tabletu w PDFie… cóż, czasy naklejek wielkości znaczków pocztowych się skończyły i wizy teraz wyglądają zupełnie inaczej :). Przy ostatnim okienku z kontrolą dokumentów samochodu też spokojnie. Jednak coś długo mi ten celnik sprawdza te dokumenty… „O co chodzi?”- pytam w myślach. Wychyliłem się, aby zobaczyć coś więcej. Patrzę, a on mecz ogląda. No fakt, nie co dzień ogląda się ćwierćfinał mistrzostw świata, w którym grają Niemcy z Francją… 😉

Dokumenty oddane, kierunek Edirne i ruszamy! Jeśliby ktoś myślał (na podstawie filmiku z poprzedniego wpisu), że wybraliśmy jakieś podrzędne przejście graniczne między Bułgarią a Turcją to od razu odpowiem, że nic bardziej mylnego. Do Turcji z Bułgarii można wjechać korzystając z trzech przejść lądowych i tak się jakoś składa, że my odwiedziliśmy je wszystkie. Największe i najbardziej znane jest przejście niedaleko miasta Edirne, na autostradzie między Sofią a Stambułem, a nazywa się Kapikule (po stronie tureckiej). To właśnie tam ruch i przepustowość są największe. To tamtędy biegnie główna trasa tranzytowa między Turcją a Europą zachodnią. Korzystaliśmy z niego dwa razy w 2008 roku i 2012 – za każdym razem opuszczając Turcję. Drugim przejściem jest Malko Tarnovo (po stronie bułgarskiej). To przejście położone jest na trasie czarnomorskiej. Jeśliby ktoś pragnął przejechać bułgarskim wybrzeżem i dalej kierować się w kierunku Turcji zapewne skorzysta właśnie z tego przejścia. Ruch tam niewielki, a z ciekawostek dodam, że piesi nie są na nim obsługiwani. Doświadczyliśmy tego w 2008 roku, gdy po odprawie bułgarskiej podeszliśmy z naszymi plecakami do budki kontroli granicznej Turków i co? I owszem, skontrolowali nam paszporty, sprawdzili świeżo wklejone wizy, przybili pieczątki, ale dalej nie puścili. O co chodzi? O samochód. Samochód, którego wówczas nie mieliśmy – podróżowaliśmy stopem. Przejść granicy się nie da – trzeba przejechać. Formalność dla formalności. Poczekaliśmy jakieś 10-15 minut, aż pojawił się pierwszy lepszy samochód. Jak wspomniałem: ruch tam jak na cmentarzu o 2 w nocy. Przyjechał pan autem na rumuńskich numerach rejestracyjnych. Celnik go skontrolował i już by puścił dalej, gdy przypomniał sobie o nas. Zapytał kierowcę tonem nie znoszącym sprzeciwu czy przewiezie nas przez granicę. Chciał nie chciał – zabrał :). Formalności stało się zadość. Dodam tylko, że z tym właśnie kierowcą dojechaliśmy do samego Stambułu, ale to inna historia :).

Na koniec zostawiłem sobie do omówienia „środkowe” przejście graniczne Lesovo (po stronie bułgarskiej), o którym pisałem Wam w poprzednim wpisie i które wybraliśmy w tym jak i w 2012 roku. Stosunkowo nowe – otwarte w 2006 roku, które jest wybierane coraz częściej jako alternatywa dla Kapikule. Odprawiane są tam także auta ciężarowe i to w coraz większej ilości! Pamiętacie ten filmik z poprzedniego wpisu, gdy wyprzedzaliśmy ciężarówkę jadąc 20km/h? Mimo momentami tak tragicznej nawierzchni kierowcom widać opłaca się wybrać właśnie to przejście. Poza tym po stronie tureckiej drogi są znakomite, a ta „bułgarska tragedia” to właściwie tylko kilka kilometrów – reszta jest w porządku :). Kolejki dla samochodów osobowych małe – byliśmy bodajże piątym czy szóstym autem – w odróżnieniu od TIRów, szczególnie tych wyjeżdżających z Turcji…

Zbliżał się wieczór, więc postanowiliśmy, że dojedziemy do Edirne, w końcu to zaledwie 40km od granicy i tam poszukamy dogodnego miejsca na nocleg. Trudno powiedzieć, aby stacja benzynowa na wylocie z miasta była szczytem marzeń, ale nam na jedną noc wystarczyła. Miała podstawowe zalety: toaletę (bezpłatną!) i olbrzymi parking dla autokarów w dodatku puściutki i cały dla nas! Rankiem zagadali do nas pracownicy stacji. Nim się obejrzeliśmy gorący czaj w małych tradycyjnych tureckich szklaneczkach wraz z cukrem w kostkach był już dla nas przygotowany. Turcy są niezwykle otwarci, szczególnie w stosunku do dzieci. Pewnie dlatego już po chwili Jakub grał z nimi w piłkę. Oprócz herbaty zaproponowali też, że umyją nam samochód. Nie protestowałem, należało się to naszemu Loganowi po zachlapanych drogach Karpat, z resztą taka to turecka gościnność.

Dochodziło już południe, więc najwyższy czas, aby ruszać dalej w trasę. Ponieważ postanowiliśmy się nie spieszyć, w drodze do Stambułu – w końcu jeszcze trzy miesiące drogi przed nami – wybraliśmy drogę nr D100, która jest ciekawą alternatywą dla jazdy po, jakby nie było często zwyczajnie nudnych autostradach. Do tego jest do niej równoległa i bezpłatna, a w Polsce pod kątem jakości pretendowałaby do miana co najmniej drogi ekspresowej. Dwa pasy w obu kierunkach oddzielone pasem zieleni, z rzadka mijane wioski, długie proste i małe wzniesienia. Cóż więcej chcieć? Jedyne co mogłoby przeszkadzać, to ograniczenia do 70km/h przy zbliżaniu się do skrzyżowań z innymi drogami, które nie występowały jednak zbyt często. Największą zaś jej zaletą jest mały ruch – w odróżnieniu do autostrady, na której zdarzają się korki, a korki na autostradzie, jeśli już są, liczy się w dziesiątkach kilometrów. Mieliśmy nieprzyjemność w jednym kiedyś stać – nie polecam! Dodatkowym atutem tej trasy jest bliskość jazdy wzdłuż morza, o którym zazwyczaj się zapomina mówiąc o morzach Turcji. To Morze Marmara. Jest właściwie łącznikiem między Morzem Czarnym, a Morzem Śródziemnym (którego jest częścią). Zamykane przez cieśniny Bosfor na północnym wschodzie i Dardanele na południowym zachodzie. Nazwa morza pochodzi od nazwy największej wyspy znajdującej się na nim, zresztą nazwanej dokładne tak samo. Z kolei nazwa wyspy pochodzi od bogatych złóż marmuru znajdujących się na wyspie. W języku tureckim marmur to mermer – stąd nazwano wyspę jak i całe morze jako „marmurowe”. Nie zmarnowaliśmy oczywiście okazji i musieliśmy po prostu sprawdzić wodę. Była bajeczna. Ciepła, ale nie gorąca, czysta i spokojna. Na plaży tylko kilkanaście miejscowych osób, żadnych turystów… bajka! Wiecie, są takie momenty gdzie umyślnie nie bierzemy aparatu. Wtedy nastawiamy się na odbiór, a nie rejestrację. Wtedy przeżywa się inaczej i po latach wspomnienia też są inne nie kręcą się jedynie wokół scen utrwalonych na fotografii. To był jeden z tych momentów. Łatwiej jest też zapoznać się z miejscowymi. Nie wiem dlaczego, ale mam wrażenie, że aparat stawia czasem taki niewidzialny mur, który dla niektórych jest ledwie płotkiem, a dla niektórych jest nie do przeskoczenia i nie zdobywają się na odwagę, aby do nas podejść i zagadać…

Kierując się na wschód oprócz standardowego Stambułu warto też odwiedzić Polonezkoy. Mała miejscowość położona około 16 km od mostu Mahmeda Zdobywcy, już po azjatyckiej stronie Bosforu. Jest to jeden z dwóch mostów (ten północny) nad cieśniną Bosfor, łączący Europę z Azją. Polonezkoy to polska wieś! Tak, polska wieś w Turcji. Ponad 170 lat temu założono ją z polecenia księcia Adama Czartoryskiego, którego pełnomocnik kupił ten obszar i za zgodą władz tureckich założył tam polską wieś, w której schronienie znaleźli uczestnicy powstania listopadowego. Z ciekawostek dodam, że początkowo, aby móc osiedlić się w Adampolu – jak mieszkańcy sami nazywają tę miejscowość –  trzeba było być chrześcijaninem, co w ówczesnej Turcji nie było bynajmniej czymś powszechnym. W samej miejscowości warty odwiedzenia jest kościół pw. Matki Boskiej Częstochowskiej, dom pamięci Zofii Ryży i katolicki cmentarz.

Kilka informacji, czyli „Turcja Praktycznie!”

Aby wjechać do Turcji potrzebny jest paszport (naprawdę zdarza mi się słyszeć takie pytania-więc rozwiewam wątpliwości). Dodatkowo turyście potrzebna jest wiza. Od niedawna możliwa do kupienia online, jej koszt to 20 dolarów amerykańskich. Kierowcy mogą posługiwać się polskim prawem jazdy. Autostrady w Turcji są płatne i o ile jeszcze w 2012 roku obowiązywał elektroniczny pobór opłat zwany KGS oraz równorzędnie działający OGS, tak dziś KGS został w całości zastąpiony systemem HGS. Różnica między starym KGS a nowym HGS jest taka, że na bramkach w starym systemie należało się zatrzymać i pre-paidową kartą magnetyczną zapłacić za dany odcinek, tak dziś już nie ma potrzeby się zatrzymywać, wystarczy zwolnić do 50km/h (30 km/h wg znaków drogowych), a system sam pobiera opłatę z pre-paidowej naklejki nalepionej zazwyczaj w okolicy lusterka wstecznego na przedniej szybie pojazdu. I w odróżnieniu od naklejek / winiet znanych z Austrii czy Bułgarii, tu jest to specjalna magnetyczna naklejka z wbudowanym chipem. Można ją nabyć oraz w razie potrzeby doładować na tureckiej poczcie (PTT) lub na stacjach paliw. Jej zakup nie należy jednak do małych wydatków, z naszego portfela ubyło 36 lir (ponad 50zł). Całość kwoty jaką należy za nią zapłacić jest przeznaczona na zapłatę za przejechane odcinki. Spokojnie starczy na przejazd przez całą Turcję od Bułgarii aż po Gruzję i z powrotem. Jeżdżąc po drogach Turcji kierowcy powinni zapamiętać, że Turcja to już jakby nie było azjatycki kraj i kultura jazdy różni się od znanej nam z polskich czy europejskich dróg. Turcy są nieco mniej przewidywalni i nie trzymają się podstawowych zasad ruchu drogowego. Może się zdarzyć, szczególnie w miastach, że na drogach o 2-ch pasach ruchu jadą trzy samochody, a na światłach stoją nawet 4. Co ciekawe wypadków nie ma tam wcale więcej niż w Polsce. Osobliwie stosuje się też klakson – nie tak jak u nas aby napaść na innego kierowcę, który zostaje przez nas obtrąbiony – klakson używany jest jako forma komunikacji między kierowcami. A ruch uliczny to nie pole walki o jak najlepsze miejsce pod światłami lub ciągłe wyprzedzanie lewym pasem. Ceny paliw w Turcji są niezwykle wysokie i sięgają nawet 8zł za litr benzyny, olej napędowy jest niewiele tańszy: między 6,7 / 7,5zł za litr. Dlatego warto zatankować się w Bułgarii do pełna, a nam bez najmniejszych problemów udało się przewieźć jeszcze 30 dodatkowych litrów w karnistrach. Stambuł to naprawdę olbrzymie miasto i warto o tym pamiętać. Krótka historia niech będzie nauczką i dla Was, abyście nie popełnili naszego błędu: Zatrzymaliśmy się na obrzeżach miasta na weekend. Postanowiliśmy, że w niedzielę jeśli nie będzie to konieczne nie będziemy podróżować a zatrzymamy się tam gdzie dojedziemy w sobotę. Tak też było w Stambule. Rankiem po późnym śniadaniu postanowiliśmy zostawić auto przy szkole przy której nocowaliśmy i wybrać się do centrum komunikacją miejską. Miało być łatwiej, szybciej i prościej, a nie było. Najpierw jechaliśmy zatłoczonym autobusem około półtorej godziny. Upał, duszno i parno w środku, mimo włączonej klimatyzacji. Dzieci posnęły – my nie, aby nie przegapić naszego przystanku itd… Wysiadka z dziećmi na rękach. Idziemy na stację tramwaju wodnego którym dostaniemy się do europejskiej części miasta. Chwila i dzieci się rozbudziły. Z nowymi siłami ruszyły przed siebie, czego nie można powiedziec o nas. Padamy ze zmęczenia. W końcu dojechaliśmy na Taksim – ponad 3 godziny od chwili wyruszenia. Chcąc odzyskać siły idziemy coś zjeść. Na głównej ulicy tego kilkunastomilionowego miasta nie jest to dobrym pomysłem, ale cóż – innego wyjścia nie mamy. Właściwie poza spacerem nic więcej nie byliśmy w stanie zrobić w centrum. Czas było już wracać. Wracając skorzystaliśmy z metra i autobusu. Takim to sposobem już po kolejnych niemalże 3 godzinach jazdy i jednocześnie po zmroku byliśmy znów przy swym samochodzie w którym nie czekając na nic ułożyliśmy się do snu. Nie polecamy tej strategii – lepiej zatrzymać się bliżej centrum i tak też zrobiliśmy wracając z naszej podróży, ale o tym później.

W czasie naszego pobytu w Turcji średni kurs jednej liry tureckiej to około 1,5zł, więc ceny na półkach sklepowych można mnożyć razy 1,7. Uwzględnia to kurs bankowy (zawsze na niekorzyść klienta) jeśli płacimy kartą w sklepie, a jest to bardzo powszechna metoda płatności. Podobnie sprawa wygląda jeśli najpierw kupujemy inną walutę (dolary czy euro – jest je równie łatwo wymienić na liry) i dopiero później wymieniamy ją na liry tureckie. Na bazarach i w sklepach dla turystów warto się targować, aby obniżyć końcową cenę o około 20%. Oczywiście można utargować więcej – wszystko zależy od Waszych umiejętności ;). Co nas zadziwiło to ceny papieru toaletowego i chusteczek higienicznych. W średniej wielkości miejscowości w przydrożnym sklepiku zapłaciliśmy za rolkę 1,5zł a paczka chusteczek to 1 zł. Pewnie w markecie byłoby taniej, ale jeśli nawet to ceny i tak były wysokie. W sezonie tanie są świeże owoce, ale tylko te które rosną w Turcji, my rozkoszowaliśmy się pysznymi melonami i arbuzami. Bananów za to nie polecam – za przejrzałe, bardziej brązowe niż żółte czy zielonkawe i to na targu cena zaczynała się w przeliczeniu od 6,5zł za kg! Pomidory i ogórki które często jedliśmy na śniadanie czy kolację są w zbliżonych do polskich cenach. Kilogram białego sera w pudełku w zalewie (którą można posolić aby zmienić smak sera) popularnego na śniadanie to koło 11-14zł. Pida (rodzaj dużego, płaskiego, okrągłego chleba o średnicy około 35-40cm) praktycznie w całej Turcji w jednakowej cenie: 3 liry, czyli nieco ponad 5zł. Ceny w ulicznych jadłodajniach dla miejscowych są niskie, za talerz zupy kupowany dla Daniela płaciliśmy około 2 liry (3,5zł), a i tak nie zjadał całej porcji, za to coś dla dorosłych i większych dzieci można śmiało kupić za około 4 liry (ok. 7zł) i jedna osoba naje się taką porcją. Oczywiście można iść na droższy, bardziej wykwintny obiad kilkudaniowy, ale taki zafundowaliśmy sobie tylko kilka razy w czasie całego miesięcznego pobytu w Turcji, do której z chęcią wracamy i będziemy już chyba zawsze wracać.

Comments are closed.

Post Navigation