TAJLANDIA. CZYLI JAK (NIE)RADZIMY SOBIE W PODRÓŻY.

Tajlandia, w której spędziliśmy 3 tygodnie nie należy do tych krajów, do których chcielibyśmy wrócić w najbliższej przyszłości… Myślę, że każdego to zdziwi. W końcu jeden z najpopularniejszych turystycznie krajów Azji Południowo-wschodniej. Wyspy i widoki marzeniem niejednego Polaka czy Europejczyka… a jednak nie nasze!

Skąd ten pogląd? Dlaczego Tajlandia nas nie zachwyciła, albo raczej nie zachwyciła

wystarczająco? Może zbyt dużo się po niej spodziewaliśmy… Może z racji pory deszczowej mieniące się żółciutkim piaskiem plaże z krystalicznie czystą, turkusową wodą znamy tylko z folderowych zdjęć, bo w rzeczywistości wyglądały „nieco” inaczej. Może dlatego, że Couchsurfing tu nie działa… Może trudno się nam przystosować do panującego tu klimatu…

…ale od początku.

Nasza podróż zaczęła się od Tajlandii i wyspy Phuket. Wyspa jedna z tysięcy, jakimi dysponuje Tajlandia jest bodajże największą z nich. Wylądowaliśmy tam o 3:30 nad ranem, jak mówią niektórzy… dla mnie w nocy! Ponieważ nie zabraliśmy ze sobą namiotu liczyliśmy na hostów z Couchsurfing.com. Już przed wylotem porozsyłaliśmy mnóstwo zapytań do mieszkańców Phuket, ale nie dostaliśmy od nikogo żadnej odpowiedzi, podobnie było z innymi miejscami, do których zamierzaliśmy się udać. Po przylocie rozsyłaliśmy kolejne zapytania do kolejnych miejscowości – bez skutku…. Zmuszeni byliśmy do korzystania z hosteli i guesthousów. Zdarzył się też i jeden hotel z prawdziwego zdarzenia: 3 gwiazdki, basen, codzienne sprzątanie pokoju! Wzięliśmy pokój 3 os. z prywatną łazienką i klimatyzacją, a to wszystko za 44zł za pokój, za noc! Ta cena zaskoczyła nawet Lenę – Niemkę, która mieszka w Bangkoku od niemalże 8 lat. To ona była naszym jedynym hostem w Tajlandii. Co nas zasmuciło, bo już nie chodzi o to, że couchsurfing jest darmowy, a o to, że zwyczajnie nie miał nam kto Tajlandię przedstawić od podszewki, od tej drugiej strony, którą oglądaliśmy zawsze w każdym kraju, do którego trafialiśmy. Miejscowi najlepiej obrazują to, jak żyje się w danym miejscu, a zazwyczaj robią to naturalnie i nieświadomie. Takie zwykłe, niekomercyjne spotkania są dla nas najcenniejsze.

Ogólnie ceny noclegów nie były wysokie: 33-66zł za pokój za noc dla naszej rodzinki, a braliśmy najczęściej pokoje dwu-trzy osobowe. Podobnie z cenami w ulicznych „jadłodajniach”. Często są to takie zainstalowane na dospawanej do skuterka bocznej przyczepce „garkuchnie”, oferujące naprawdę smaczne i pożywne, a do tego tanie jedzenie. Króluje kurczak z ryżem, który przejadł mi się już po 2 tygodniach, ale zdarzają się też jakieś zupy. Z mięs jest też wołowina. Danie za około 3-5zł na osobę. Mimo, że jak widzicie jest niedrogo, to tak naprawdę ciężko nam się wspomina ten kraj. Tajlandia jest najbardziej popularnym miejscem dla turystów w Azji południowo-wschodniej… I to właśnie turystyka psuje ten kraj i jego mieszkańców. Wszyscy napotkani Tajowie traktowali nas jak chodzące bankomaty, z których w łatwy sposób można wyciągnąć pieniądze. Bo jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o kasę. Powie ktoś: przecież Tajlandia jest tania: ryż z kurczakiem na ulicy kosztuje 3 złote, najtańszy nocleg poniżej 20zł za osobę, więc o co ci chodzi?! Chodzi o to, że na każdym kroku z turysty wyciągane są pieniądze, że na wyspach i na wybrzeżach nie ma rozrywki, której nie da się kupić. Ceny zarówno noclegów, jak i jedzenia, przejazdów autobusami / busami czy Tuk Tukami (sam nie wiem jak wytłumaczyć Wam co to jest – taka niby taksówka, tylko że zazwyczaj jedziesz na pace mikro ciężarówki, na którą pod dobudowanym daszkiem mieści się 8 podróżnych, lub dospawana przyczepka samoróbka do skuterka – mieści się z 2-4 osób lub my z czwórką dzieci i bagażami 😉 ) są faktycznie niskie, ale… tylko z punktu widzenia białego człowieka. Tuk Tuki zazwyczaj tańsze niż taksówki, ale czasem jak jakiegoś kierowcę fantazja poniesie, to Ci zaśpiewa cenę 3 razy wyższą niż przejazd tego odcinka klimatyzowaną taksówką ze skórzanymi siedzeniami. Tak rozmawialiśmy z Leną, i sama przyznała, że Tajów zepsuli sami turyści. Tu w Azji płd. -wsch. nie ma np. czegoś takiego jak napiwki. Sama nam opowiadała, jak przyjeżdżają do niej inni podróżni (szczególnie z zachodniej Europy lub ze Stanów) prosto z lotniska i płacą taksówkarzowi cenę czterokrotnie wyższą niż by zapłacił miejscowy, do tego dają mu „napiwek” w wysokości 20% tej kwoty, czyli faktycznie płacą z własnej woli 5 razy więcej niż należy, niż lockers! Trzeba też pamiętać, że taki taksówkarz wioząc Taja też przecież nie dokłada do interesu! Z jednej strony trudno tego zachowania nie zrozumieć: My za przejazd taksówką w godzinach nocnych, około północy, z centrum Bangkoku na przedmieścia: ponad 40 km, co zajęło nam prawie godzinę, wedle wskazań taksometru zapłaciliśmy jakieś 39zł. Nie jeżdżę taksówkami w Polsce, ale taka kwota wydaje mi się niezwykle niska, to co dopiero dla turysty z zachodu! Wszyscy, którzy stykają się z turystami są nauczeni, że turysta za cokolwiek zapłaci wielokrotnie więcej niż jest to coś warte. Nie istnieje wśród ludzi żyjących w miejscach turystycznych, czyli w:

– niezliczonej ilości wysp,

– na tych wyspach w niezliczonych ilościach miejscowości i plaż,

– w ogromnej ilości tegoż samego na wybrzeżu o długości dziesiątków tysięcy kilometrów…

nikt, kto by bezinteresownie chciał choćby porozmawiać z turystą. Jest to straszne. Oczywiście jeśli ktoś ma pieniądze, za wszystko może płacić i chce to robić, to Tajlandia jest idealnym krajem na niedrogie wakacje, ale my do takich ludzi nie należymy. Tajlandia oferuje turystom każdy rodzaj atrakcji, jaki tylko przyszedł kiedykolwiek jednemu choćby z turystów do głowy – jak pisałem wcześniej. Są skoki na bungee, są loty na spadochronie ciągniętym przez motorówkę, są jazdy na czymś dmuchanym ciągniętym przez motorówkę, są przejażdżki dżipem po plaży pełnej turystów lub po dżungli, są „rezerwaty” dla słoni i słoniowe safari, jest miejsce gdzie można pogłaskać prawdziwe tygrysy i zrobić sobie z nimi zdjęcie, a one Cię nie zjedzą (z innej strony słyszeliśmy, że te tygrysy, które trafiają tam jako rzekomo chore lub osierocone, tak naprawdę szprycowane środkami na uspokojenie w takich ilościach, które pozbawiają ich naturalnego instynktu – stąd te zdjęcia ludzi wkładających rękę w gardło drapieżnika i śmiejących się przy tym). Słowem jest wszystko. Jest to też kraj słynący z sexturystyki. W trakcie podróży odwiedziliśmy kilka miejscowości, które znane są m.in. z tego rodzaju oferty, jedną z nich jest wyspa Phi Phi. Wyspa ta znana m.in. z filmu „Niebiańska plaża” (oryginał The Beach) z Leonardo Di Caprio, jest niezwykle urokliwa, jednakże trafiają na nią w dużej mierze osoby samotne, szukające zabawy, alkoholu i uciech ciała. Tu muszę Wam przytoczyć anegdotę, której jestem bohaterem…. Jak może wiecie lub nie, nie lubuję się w alkoholach. Nie piłem też nigdy żadnego drinka, ani innych drogich alkoholi, więc się na nich nie znam.

Więc dobrze: idziemy sobie z Sylwią i dziećmi przez wąskie uliczki wyspy Phi Phi. Chwilę wcześniej dzieliliśmy się właśnie naszymi spostrzeżeniami na temat atrakcji, jakich można tu doświadczyć i „szerokiej oferty” również mniej oficjalnych uciech oferowanych przez tubylców. Idziemy i nagle na jednym z drewnianych słupów wśród wielu innych drewnianych tabliczek, widzę wielkimi literami napis:

„SEX ON THE BEACH

150,00 Baht”

Otwieram oczy ze zdziwienia! Jak można tak oficjalnie się reklamować w miejscu publicznym?!- pomyślałem sobie i mówię o tym Sylwii – w takich sytuacjach rozmawiamy z Sylwią po angielsku, aby dzieci nie zrozumiały, o czym mówimy.

Sylwia zdziwiona pyta:

– Gdzie to widziałeś?!

– O tam – pokazuje jej palcem.

Sylwia rozejrzała się chwilę nieco uważniej niż ja, który widząc jedynie tą jedną tabliczkę, w końcu uśmiechnęła się delikatnie i mówi:

– To menu baru, przed którym stoi ten słup, a „Sex on the Beach” to nie dosłownie „Sex na plaży” jako usługa, a nazwa drinka alkoholowego!

Śmieję się w duszy z tego aż do dziś, gdy o tym wspominam 🙂

Do listy „minusów” dopisać można jeszcze klimat (zaraz mi się przypomina: „sorry, taki mamy klimat”) i ciężkie plecaki. Klimat?! Zapyta ktoś. Tak, klimat odpowiem.

Jest tu ciepło, nawet bardzo: 30-36 stopni. Ciepło to jeszcze pół biedy! Wilgotno to drugie pół. Więc z połączenia wilgotno i ciepło mamy równanie, którego wynikiem jest…? Kto wie? Zgadza się!

– PARNO! CIĘŻKO I DUSZNO!

Wychodzisz z klimatyzowanego czegokolwiek: pokoju, sklepu, autobusu czy pociągu i wystarczy jeden (!), dosłownie jeden oddech powietrzem z zewnątrz i jesteś mokry! Cały mokry! Ja jestem. Po 5 minutach z plecakiem + / – 25 kg chcesz już zrobić przerwę. Jak jeszcze ciągniesz dwójkę dzieci lub pchasz wózek i chodzącego jednego szkraba z boku to już naprawdę masz dość. Dzieci też nie mają lekko. Jedynie Natan nie ma swojego plecaka, każde z chodzących coś niesie. Oczywiście najwięcej ma Jakub, Hania ma też co nieco – zdecydowanie mniej, a Daniel tak bardzo domagał się własnego plecaka (w końcu jak wszyscy mają to on ma nie mieć?!), że w końcu ulegliśmy jego namowom. Dostał najmniejszy plecak, w którym niesie 8 resorówek, dwa małe pluszaki i kilka ludzików, czytaj wszystkie dziecięce zabawki, które zabraliśmy na wyjazd. Słowem – każdy wedle możliwości. Nie udaje się nam przejść z tymi plecakami niepostrzeżenie między ludźmi. Zresztą bez plecaków też się nie udaje :). Właściwie nie ma dnia, w którym by chociaż raz czy cztery razy ktoś nie zapytał się o możliwość sfotografowania naszych dzieci, czasem też nas lub naszych dzieci z nimi… Jeśli zdarza się to nazbyt często zaczyna być męcząco-denerwujące. „Bo czy ja robię sobie zdjęcie z Murzynem u nas w Polsce, bo akurat idzie po ulicy?” Zapytała się mnie klika dni temu Sylwia, gdy o tym rozmawialiśmy…

Odczuwamy bardzo duży brak własnego środka lokomocji, własnego choćby awaryjnego miejsca noclegowego, jakim wcześniej był samochód czy namiot… Oczywiście da się temu zaradzić i częściej korzystać z taksówek czy Tuk-Tuków lub po prostu spać w hotelach, ale obawiam się, że nasz budżet by tego nie wytrzymał 😉

Na koniec, aby tak przyćmić ten pesymistyczny ton jakiś pozytywny akcent! Otóż, gdy się już wyjedzie z tej komercyjnej nadbrzeżnej części kraju nieco bardziej w ląd, da się tam znaleźć zwykłego człowieka, który będzie Cię traktował normalnie – jak przybysza, a nie jak turystę. My mieliśmy takie doświadczenie, a nawet kilka!

Opuszczając wyspę Lanta wzięliśmy tuk-tuka, aby nas zawiózł do przeprawy promowej, która to łączy wyspę z kontynentalną częścią kraju. Na miejscu żadnego turysty, sami miejscowi. Na promie, który trzeba zaznaczyć płynął może z 10 minut, bo to taki ledwie rzut beretem – nawet te kilka promów, które po Wiśle pływają mają więcej do przemierzenia niż ten prom – zagaiłem do kilku kierowców i w końcu czwarty, czy piąty zgodził się nas przewieźć do Krabi na pace pickupa. Typowy autostop – w sensie idei – bez kasy, ot dobry uczynek i szczery uśmiech kogoś, kto chciał nam pomóc!

Kolejny przykład znów powiązany z autostopem! Nigdy bym nie przypuszczał, że będę jeszcze kiedyś stopował i to z dziećmi! Otóż jadąc z Krabi do Bangkoku, gdy już w końcu po kilku godzinach wydostaliśmy się na wylotówkę maksymalnie zmęczeni, udało nam się dojść do stacji benzynowej. Zaczepiam na niej kierowców, bez skutku – każdy jedzie na Phuket. W końcu rozumiem, że nie ma wyboru i trzeba pojechać kilkadziesiąt km z jednym z nich, aż do miejsca gdzie drogi na Phuket i na Bangkok się rozwidlają. Znaleźliśmy kierowcę, który nas zabierze. W ostatniej chwili wręcz, bo właśnie zaczynało padać. Bagaże na pakę, a my do kabiny. Leje jak z cebra, a my już suniemy potężnym autem, które nic sobie nie robi z permanentnej kilkucentymetrowej warstwy wody pokrywającej szosę. Padać przestaje akurat w momencie, gdy nasze drogi się rozchodzą, a my musimy wysiadać. Budzimy dzieci, plecaki na plecy i przechodzimy na drugą stronę dwupasmówki. Ustawiamy się jak trzeba i w tym momencie okazuje się, że tylko o kilka minut wyprzedziliśmy te deszczowe chmury niosące tony wody, aby ją zrzucić na ziemię! Zaczyna padać, a tu żadnego auta! Jedzie ciężarówka. Machamy. Nic z tego – pojechał dalej. Zdesperowani sytuacją, bo pada coraz mocniej, więc machamy na co się da! Jedzie pierwsza osobówka. Machamy! To nic, że się pewnie nie zmieścimy, bo to auto bardzo kompaktowe, ale nie ma wyboru. Zatrzymuje się ten mikrus, co do którego nie miałem żadnej nadziei. W środku dwie kobiety. Po angielsku słabo, ale tyle się dogadujemy i po minucie próbujemy zmieścić się do środka. Łatwo nie jest, ale jakoś się udaje. W aucie rozmawiamy co i jak, że my w kierunku na Bangkok, a one że do Bangkoku nie jadą, a my że tylko trochę jest lepsze niż nic, jeśli jadą w tę stronę, a one że do Bangkoku to one nie jadą i w kółko to samo. W końcu telefonują do innej koleżanki, która po angielsku lepiej rozmawia. Tłumaczymy jej co i jak. Ona że na autobus nas zawiozą… Na terminalu okazuje się, że już dziś żaden autobus do Bangkoku nie jedzie, najbliższy jutro. Takim to sposobem zostajemy zaproszeni do domu jednej z nich na noc. Bardzo miło nam się zrobiło. Jak za starych czasów, kiedy to obcy ludzie widząc nas pierwszy raz otwierają dla nas swoje domy i swoje serca. To nic, że rozmowa przy kolacji trwa jakieś trzy godziny z użyciem internetowego translatora, że w tym czasie próbujemy wytłumaczyć o co chodzi w autostopie, gdzie chcemy się dostać i dlaczego bez pieniędzy… Nie jest to takie łatwe, dochodzi do tego, że po kilku godzinach rozmowy proponują nam kasę na autobus. Nie o to chodzi – próbujemy wyjaśnić. Nic tam, dzieci przerywają rozmowę… jest późno – idziemy spać. Następnego ranka po śniadaniu idziemy na trasę, bo okazuje się, że Pani mieszkała bardzo blisko drogi, która wiedzie do stolicy. Słońce pali ostro, a jest ledwo po ósmej rano. Nie mija nawet 15 minut, a już mamy transport do Surat Thani. Kolejny raz na pace pickupa. Muszę wtrącić, że pickupy są tu niezwykle popularne, właściwie stanową zdecydowanie największą grupą nadwozia spotykanego w Tajlandii wśród aut osobowych. Po chwili kierowca zatrzymuje się przy drodze obok niczego. Patrzymy pytająco, o co chodzi, a on robi miejsce w swej kabinie, gdzie wiezie mnóstwo kartonów i zaprasza tam Sylwię z Natanem, bo słońce strasznie ostre. Miło z jego strony. Po pewnym czasie wszyscy tam lądujemy, bo nasz kierowca zatrzymał się na stacji benzynowej i postawił nam małą przekąskę – pieczone parówki na patyku. Uporządkował jeszcze trochę, część kartonów zamieniła się z nami miejscami i tak zmieściliśmy się wszyscy do klimatyzowanej strefy przedziału osobowego naszego wehikułu. Nie dogadaliśmy się do końca i nasz kierowca wysadził nas na dworcu autobusowym w centrum miasta. Byliśmy już zmęczeni i przebijanie się ze wszystkimi na wylotówkę nie było naszym marzeniem. Zdecydowaliśmy się na minibusa i mimo że wiedzieliśmy, że przepłacamy z i tak już zbitej ostro ceny, to z wygody dla siebie i dzieci tak postanowiliśmy. Do Bangkoku mieliśmy dojechać między 21:30-22:00. Teraz uwaga! W rozumieniu Taja znaczy, że będziemy mieć „lekką” obsuwę – dojechaliśmy o północy! Facet sprzedający bilety powiedział, że będziemy na dziewiątą, kierowca mówił już o dziesiątej, a z upływem trasy na kolejnych to przystankach informował, że ta godzina się przesuwa… wciąż i wciąż… Tak już mają i nie spotkaliśmy się z tym pierwszy raz, jak masz skorzystać z ich oferty to zawsze przedstawią ją jako lepszą niż jest w rzeczywistości, a potem kończy się jak powyżej.

Nie zmienia to jednak faktu, że w końcu udało nam się doświadczyć trochę prawdziwej Tajlandii, trochę prawdziwych ludzi. Bezinteresowna życzliwość bardziej nas urzeka niż najpiękniejsza plaża! Gdyby jeszcze nie ta bariera językowa i gdyby dało się normalnie porozmawiać… mieliśmy tyle pytań do zadania, tyle rzeczy nas ciekawiło. Trudno, może następnym razem… kto wie, mimo braku chęci może jeszcze kiedyś tu wrócimy i spojrzymy na ten kraj nieco łaskawszym okiem.

3 Thoughts on “TAJLANDIA. CZYLI JAK (NIE)RADZIMY SOBIE W PODRÓŻY.

  1. Tomek bestia on 7 listopada 2016 at 16:42 said:

    Łyknąłem wieści z dalekiej Tajlandii jednym haustem, super się czyta i jakbym tam był, dzięki:) Zrobimy tak; ja Wam dam trochę chłodu z jesiennego Torunia, w zamian chce trochę słońca i plaży! 🙂 z pozdrowieniami!

    • Filip on 8 listopada 2016 at 20:25 said:

      Dobra, nie ma sprawy!
      To teraz tylko załatwiamy kuriera i trzeba to jakoś spakować… piasek z plaży to akurat najłatwiej, ale trochę słońca i gorąca…. Jakub wymyślił – wyślemy w reklamówce: „Złapiemy w nią to gorące powietrze i wyślemy do Polski!” 😀

      Może być? 😉

  2. Myślę, że teraz w wielu miejscach/krajach można mieć podobne odczucia. Bo to zawsze zależy na jakich ludzi się trafi. Tajlandia wciąż przed nami, choć dwa lata temu już prawie się pakowaliśmy 🙂 Pozdrawiamy serdecznie.

Post Navigation