Wśród białych fartuchów

Dziś dzień miał wyglądać zupełnie inaczej. Są niby walentynki, ale już nawet nie o to chodzi… Miałem dziś pisać o tym po co w styczniu jechać  do Grecji i co jest ciekawego na Krecie w środku zimy. „Plany są dla architektów” jak mawia Chopin*…

Jest południe. Nagle dzwoni telefon. Odbieram – dzwonią ze żłobka. Nie jest dobrze. Hania ostro kaszle i nie może zasnąć na drzemce. Kaszel jest ciągły a towarzyszy mu płytki oddech i silne duszności. Zabieramy ją do lekarza, który pilnie wysyła nas do szpitala. Tak właśnie w mgnieniu oka zmienia się wszystko. Diagnoza: zapalenia oskrzeli z głębokimi zmianami osłuchowymi, obturacją i podejrzeniem zapalenia płuc potwierdza się następnego dnia rano po wynikach, jakie przyszły ze zdjęcia RTG.

Sam pobyt w szpitalu to oczywista udręka dla dziecka i każde przeżywa to inaczej, ale z zasady źle – chyba, że znacie jakieś dziecko, które lubi iść do szpitala. Ja nie znam. O tym zresztą nie chciałem pisać. Ponieważ wraz ze mną na sali jest inny rodzic, który pierwszy raz ma wątpliwą przyjemność towarzyszenia dziecku w szpitalnym maratonie. Przyszło mi do głowy napisać kilka słów jakie to doświadczenia my, a głównie ja, mam z polskimi szpitalami. Może specjalistą jakimś tam nie jestem – są zapewne rodzice, którzy mają większe doświadczenie z dzieckiem w szpitalu, ale i są też tacy, którzy więcej niż my podróżują, a i my odważamy się zabierać głos w temacie podróży. Nie myślimy jednak o sobie nigdy w kategorii speców od czegoś tam – zawsze znajdzie się ktoś, kto wie coś tam lepiej niż my. Więc zatrzymujemy się i również w tym momencie chcę dobitnie podkreślić, że wszystkie teksty są oparte na naszych doświadczeniach i są najzwyczajniej w świecie subiektywne. Dobrze – do celu, bo w odbieganiu od głównego wątku jestem mistrzem, jak twierdzą ci, którzy mnie nieco znają ;).

img_8551

Jest to mój szósty pobyt z dzieckiem w szpitalu i każdy z nich trwał co najmniej 5 dni. Kilka było ponad dziesięciodniowych. Nie, nie oznacza to, że nasze dzieci są tak chorowite – nie przysparza nam to powodu do dumy, że mimo tak chorowitych dzieci udaje nam się z nimi gdzieś tam czasem wyjechać i jacy to my wielcy i odważni z tego względu jesteśmy. Gdyby tak było bylibyśmy raczej nierozważni delikatnie ujmując sprawę! Nasze dzieci naprawdę mało chorują.
Dotychczas nie mieliśmy sposobności, aby gdzieś oficjalnie powiedzieć o niepełnosprawności naszego najstarszego syna Jakuba. Niepełnosprawność ta polega na obecności tylko trzech palców w prawej dłoni i palcozroście dwóch z nich. Z tego powodu Jakub przeszedł do momentu ukończenia trzeciego roku życia 4 operacje. Wszystkie pod pełną narkozą. Zaznaczam to, ponieważ wybudzanie z narkozy jest jednym  z dramatyczniejszych przeżyć dla dziecka i rodzica, nawet takiego jak ja – czyli powierzchownie stoickiego. Jakub o dziwo stosunkowo dobrze przeżywał kilkunastodniowe wizyty w szpitalu. Najdłuższe były te w Szczecinie, gdzie to pod dobrą opieką specjalistów ze szpitala klinicznego dochodził do siebie. Póki nie narodziła się Hania mogliśmy razem mu towarzyszyć, jednakże już po jej urodzeniu nie było mowy o tym, abyśmy w czwórkę mogli wybierać się na kilkanaście dni do szpitala oddalonego o 350km od domu i to jeszcze z niemowlęciem, jak to było ostatnim razem. Wtedy pomógł mi Przemek, który to z kolei opiekował się mną – dzięki Przemek! Robił mi obiady, śniadania i kolacje, zmieniał, gdy chciałem iść do toalety czy łazienki. Robił zakupy i dbał o całokształt, aby nam nic nie brakowało.

Moje doświadczenie z pobytu w szpitalach jest takie:

– Spanie przy / pod łóżkiem dziecka na podłodze nie tylko w nocy, ale w każdym możliwym momencie gdy tylko dziecko śpi. Ze snu trzeba korzystać, gdy tylko jest ku temu okazja. W czasie dnia jednak zadowolić się trzeba starym drewnianym krzesłem – umiarkowanie wygodnym ;).

– Nieodłącznym krajobrazem jest też towarzystwo kolejnych pięciu rodziców, a w szczególności kobiet / matek owych dzieci, z którymi to nasza pociecha współdzieli zazwyczaj sześcioosobową salę. Przy każdym łóżku stoi mała szafeczka – znane szpitalne wyposażenie. Nie mieści się do niej praktycznie nic. Nic przynajmniej w kontekście wszystkich rzeczy, jakie są potrzebne na 2 tygodnie dla dziecka i rodzica – oczywiście bez możliwości prania ubrań. Na podłodze więc muszą się też zmieścić torby, torebki i inne luzem walające się rzeczy, które oczywiście są niedopuszczalne w szpitalu i które część personelu gani za każdą wizytą na sali. Ręcznik, śpiwór, poduszka i inne drobne rzeczy rano są w zupełnie innym miejscu niż były wieczorem, gdy zasypialiśmy. Zasypialiśmy powinno być ujęte w cudzysłowie. Sześcioro zmęczonych, oderwanych od rodziny i ze swojego bezpiecznego zakątka dzieci z różnymi schorzeniami wieczorem, gdy zmęczenie i frustracja na ciągły brak czegoś tam – od poduszeczki czy kocyka, na brak brata / siostry, czy taty kończąc – sięga zenitu. To już wystarczy, by wieczór ciągnął się w nieskończoność. Gdy jedno dziecko nie śpi to marudzi zazwyczaj płacząc. Nie śpią więc i pozostałe. Co zabawniejsze po trzech dniach dochodzę do wniosku, że one – mimo iż tak małe – już wiedzą co to grafik i „praca” zmianowa. Normalnie jakby się umówiły! Jedno już w końcu ze zmęczenia pada, tu drugie zaczyna. Po nim kolejne, po kolejnym następne i tak w kółko. Rodzice na dodatek ze swą niewielką granicą cierpliwości któregoś tam dnia też nie dają rady i nerwowa atmosfera narasta. Nad ranem (dla mnie w środku nocy), gdzieś koło piątej przez pole minowe jakim jest podłoga małej sali wchodzi pielęgniarka z termometrem i „przebija się” brnąc do kolejnego pacjenta. Cóż – taka praca. Zdarzają się delikatne rozumiejąc powagę sytuacji i niczym kot stąpają z uwagą, aby nikogo nie obudzić od małego pacjenta, do rodzica włącznie. Są też te nieco bardziej „słoniowate”. O tym, że o takiej godzinie cała sala przypomina skład porcelany (w którym słonie pożądane przecież nie są) wspominać nikomu nie trzeba – też jesteście rodzicami, a mój malowniczy opis sytuacji (jak sobie o nim mniemam), jest wystarczający do zrozumienia ciężkości i powagi sprawy.

– Brak prywatności i trudy życia na dwudziestu metrach kwadratowych w 12 osób, z czego często więcej niż połowa jest chorycha nie należy do największych przyjemności. Jeśli Twoje dziecko akurat jest na etapie raczkowania i ma wenflon wkuty w wierzchnią część dłoni to zazwyczaj zginać jej w nadgarstku nie może, więc nie poraczkuje. Tak myślałby każdy logicznie rozumujący człowiek. Dziecko jak się okazuje przechytrza nas wszystkich logiki używających – raczkuje opierając się łokciem na chwilowo dysfunkcyjnej ręce! Szybkość przystosowania się małych ludzi do nowej sytuacji zaskoczyło nawet nas. Tę wiedzie wykorzystywaliśmy także później w naszych podróżach – dzieci przystosowały się chyba nawet łatwiej niż my, dorośli, do nowych warunków i otoczenia. Najważniejsze dla małego dziecka jest bliskość rodziców. To oni/my zapewniają poczucia bezpieczeństwa u małego dziecka, a z tym poczuciem dziecko po prostu towarzyszy rodzicom czy też rodzinie we wszystkim co akurat rodzina robi / przeżywa. Przypomina mi się od razu jako jeden z bardziej wyrazistych przykładów rodzina Nieńców i ich tryb życia o jakim czytałem w książce Magdaleny Stopek „Dobra krew”. (Niesamowita książka swoją drogą – polecam!) Nieńcy to koczowniczy lud zamieszkujący półwysep jamalski na północy Rosji. Z ich perspektywy to my, europejczycy – ludzie spędzający prawie połowę swego czasu w domach, które zawsze są w tym samym miejscu – możemy wydawać się „dziwni”. Dla nich przemieszczanie się z całą rodziną i to w tak ciężkich warunkach, których większość dorosłych, tak samo i ja nigdy nie miałem możliwości doświadczyć, jest czymś naturalnym.

– Całkowite poświęcenie się dziecku. Jeśli Twoje dziecko jest na tyle duże, że wie kim jesteś, kim ono same jest i nie śpi już całymi dniami, a jednocześnie jest na tyle małe, że wymaga Twojej obecności, aby mieć poczucie bezpieczeństwa w obcym dla siebie miejscu, może się tak zdarzyć, że nawet Twoja wyprawa do łazienki jest nie możliwa do wykonania, w pojedynkę – bez dziecka. Jeśli nie ma Cię kto zmienić przy dziecku choćby na chwilę ta błaha sprawa, może okazać się okolicznością przysparzającą wielu kłopotów.

– Zaufanie. Ważne jest opanowanie i spokój jaki przekazujesz dziecku. Jeśli dziecko odczuje twój szybszy rytm serca, raptowniejszy oddech będzie jeszcze bardziej zaniepokojone nowymi okolicznościami. Jeśli zaś Ty sam potrafisz się opanować to ten sam spokój przekażesz dziecku. To naprawdę niesamowite jak dalece idące zaufanie do rodzica sprawia, że dziecko nie boi się rzeczy, które niejednego dorosłego napawają strachem. Takie choćby wkucie wenflona. Niby to „motylek” jak jest przedstawiany dzieciom, ale długa igła i rureczka która wbija się na kilka cm w skórę przerazi nie jednego! Mnie przeraża. Jednak z całych sił staram się opanować, aby nie zdradzić swego niepokoju przed dzieckiem i wiem, że ono łagodniej to zniesie gdy równy spokojny oddech ojca będzie je okalał, a ucho tulące się do piersi będzie słyszeć spokojne rytmiczne puk-puk, puk-puk ojcowskiego serca.

W szpitalu jednak nie jest tak tragicznie. Łącznie spędziłem w różnych placówkach (z dzieckiem) prawie dwa miesiące. Da się żyć, a żyć trzeba. Pozbywając się frustracji jaka towarzyszy niektórym rodzicom oraz zaufanie do lekarzy i personelu (ograniczone, ale jednak) pomoże przetrwać kolejny dzień. Tak samo jak ciągłe spoglądanie na zegarek i śledzenie ruchu sekundnika nie sprawia, że czas płynie szybciej, tak samo liczenie i czekanie na kolejy zabieg, kolejny posiłek czy kolejną noc nie sprawia, że przychodzą one szybciej, a moment wyjścia ze szpitala się przybliża. Widzę że lepiej ze spokojem czekać na własne tępo wydażeń, które muszą nastąpić, aż w końcu upragniony wypis trafi do Twoich rąk i jedyne co pozostaje to spakować się i wrócić do domu.

W okolicach tego tematu tak nasunęło mi się jeszcze…
Jest wiele rzeczy na które trzeba zwracać uwagę przy dzieciach, a jeszcze więcej mi umyka, ale każdego dnia staram się być lepszy w wypełnianiu tego rodzicielskiego powołania. To, jak mi się to udaje, a raczej nie udaje, to już zupełnie inna sprawa. Intencja dążenia do celu jest często ważniejsza od końcowej oceny jaką sam sobie wystawiam każdego wieczora.

Będąc tu już tych kilka dni w szpitalu widzę jak ważna jest też osobista relacja każdego z dzieci do konkretnego rodzica. Czas jaki spędza się z dzieckiem, pojedynczym dzieckiem (!) sam na sam podobno procentuje na przyszłość. Pragnę w to wierzyć, a czas jaki teraz dziecku poświęcam zaprocentuje w przyszłości.

 

PS. Wpis ten powstawał 3 dni! A i tak czas na niego był wyrywany kosztem snu zmęczonego już rodzica, więc wybaczcie za chaos jaki może panować w tym tekście 🙂

*Chopin – Radosław Siuda, współuczestnik pięcioletniej wypraw „Autostopem w świat”: http://www.autostopemwswiat.pl/

Comments are closed.

Post Navigation