Zmiany, zmiany i jeszcze raz zmiany.

Na jedno w naszym życiu narzekać nie możemy – na monotonię.

Pokrótce opowiem Wam jak minęły nasze ostatnie prawie 2 lata od chwili powrotu z niemalże 4 miesięcznej wyprawy do Iranu. Pierwsze tygodnie poświęciliśmy na rozpakowanie się, ogarnięcie i przestawienie się na nowe tory: Jakub od razu wrócił do zerówki, a Hania zaczęła aklimatyzację w przedszkolu. Przyzwyczajaliśmy się do jesiennej aury, w końcu to już końcówka października. Po niedługim czasie okazało się że Sylwia jednak wróci do pracy po rocznym urlopie związanym z urodzeniem się Daniela. Nie spodziewaliśmy się tego, ale to już zupełnie inna historia ;). Na ostatnią chwilę załatwiliśmy opiekunkę dla Daniela, a właściwie opiekunka nas znalazła… Podobnie jak znalazła nas klientka. Tak, klientka. Od przeszło 2 lat sprzedawaliśmy swoje mieszkanie i sprzedać nie mogliśmy, aż któegoś listopadowego popołudnia zapukała do naszych drzwi pani z zapytała:
„- Czy to Państwo chcą sprzedać swoje mieszkanie?” Nasze zdziwienie było ogromne. Od słowa do słowa i już po 10 dniach tam nie mieszkaliśmy. Pani szukała mieszkania dla swojej matki – starszej pani, którą chciała mieć w pobliżu. Wyprowadziliśmy się do starej kamienicy na Bydgoskim Przedmieściu w Toruniu. Pośpiech był na rękę nowej klientce naszego „M” – chciała wyprawić Wigilię już w nowym mieszkaniu, które zamierzała przedtem wyremontować i dostosować do siebie. Z tej racji my zamieszkaliśmy w jej starym mieszkaniu – tak poszła nam „na rękę”. My niestety się na to zgodziliśmy. I to był nasz błąd. Mieszkanie co prawda 3 pokojowe, ale przechodnie a ostatni pokój zagrzybiony. Na pierwsze piętro wchodzi się przez strasznie wąską i stromą klatkę schodową. Idąc z zakupami niesiesz je przed sobą bo przy nogach nie ma mejsca na 2 torby, a stopnie są tak płytkie, że z ledwością mieszczę na nich stopę wraz z choćby kawałkiem obcasa męskiego buta. Łazienka i kuchnia wydzielone z małego przedpokoju, brak sprawnej wentylacji… można by tak wymieniać jeszcze i jeszcze. W skrócie MASAKRA! Przez pierwsze dni ostro szukaliśmy innego lokum, aż w końcu znaleźliśmy. Warunki mieszkania w tej kamienicy tak nas zmotywowały, że już po 3 tygodniach zdecydowaliśmy się kupić dom do wykończenia który się nam spodobał. Ze względów finansowych musieliśmy niestety opuścić nasz kochany Toruń i zamieszkać w okolicy. Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. I my polubiliśmy, nawet bardzo :). Kilka miesięcy później już mieszkaliśmy u siebie i po tygodniu obfitującym w rozpakowywanie się i niekończące się pranie przesiąkniętych stęchlizną ubrań mogliśmy tak naprawdę odpocząć. Mimo że nie wszystko było jeszcze gotowe i wykończone mogliśmy w końcu zwolnić. W międzyczasie zamknęliśmy firmę, która nie przynosiła spodziewanych zysków, Sylwia wróciła do pracy, a ja dostałem (tak, dostałem – też długa historia) nową pracę. Wykańczanie domu nas wykańczało. Nie dość, że to sprawa niezwykle kosztowna, to jeszcze czasochłonna, a tu jesień, zima właściwie, dni krótkie, do pracy, z pracy po dzieci do placówek… Ale efekt końcowy nas cieszył, nawet bardzo! Po prostu byliśmy szczęśliwi! Ja jakiś czas później straciłem pracę, a Sylwia przeszła na chorobowe, bo jak się okazało będzie nas więcej ;). Tak spędziliśmy wspólnie całe wakacje. Ja pracowałem przy domu – kopałem, sprzątałem, malowałem, kładłem podłogi w ostatnich pokojach… nie próżnowałem, a Jakub mi już pomagał ile mógł :). Po wakacjach miałem wypadek samochodowy – w ostatecznym efekcie skończyło się całkiem nie najgorzej, ale też nie było to łatwe, bo jednak niektórzy bliscy trochę ucierpieli. Za kasę z AC kupiliśmy nowe większe auto, które było nam już potrzebne. Zanim jednak to się stało dostałem kolejną pracę, a dzieci wróciły do placówek. Jakub zaczął szkołę, więc i popołudniami mieliśmy z nim dodatkowe zajęcia przy odrabianiu lekcji. Nadeszła kolejna jesień i krótkie dni, brak słońca nas wykańczał, do tego godziny mojej nowej pracy nie były najdogodniejsze, a jeszcze dowożenie dzieci do miasta… Nie było mnie w domu ponad 11 godzin. Dzień za dniem mijał, czas szybko leciał. Aż przyszedł dzień w którym urodził się Natan! Nasz kolejny syn! 🙂 Czas radości i uniesienia. Rodzina się powiększyła, a doba jak na złość nadal tylko 24 godzinna! Po jakimś czasie zaczęliśmy ogarniać z grubsza nową sytuację.

„Tak minął dzień i noc dnia” kolejnego 😉

Wszystko trwało dobrze, po zimie przyszła wiosna, dni coraz dłuższe, słońca więcej, przygrzewało nas aż miło. Ustawodawcy zmienili prawo i mieliśmy wybór, aby Jakub poszedł do szkoły jako siedmiolatek. Po konsultacji jaką zaczerpnęliśmy w poradni psychologiczno-pedagogicznej podjęliśmy decyzję, że Jakub będzie, jak to się ładnie nazywa „Kontynuował naukę w klasie pierwszej”. Do końca roku chodził normalnie do pierwszej klasy, zmiana miała nastać we wrześniu. Zbliżało się lato – nasza ulubiona pora roku, tuż po wiośnie rzecz jasna ;). Zaczęły się nowe nieśmiałe plany, gdzie by tu znowu się wybrać. Oczywiście podróż krótka, ledwie 2, może 3 tygodnie – wiadomo urlop. Wybór padł na Albanię – niezbyt daleko, a jednak kraj jeszcze niezbyt turystyczny i stosunkowo niedrogi. Aż tu nagle na koniec lipca wypowiedzenie – taka sytuacja! O!

Nie minęły nawet 2 tygodnie, gdy pewnego wieczoru po położeniu dzieci siedząc sobie razem z Sylwią w kuchni usłyszałem od niej:

– A może by tak wyjechać na rok?

Szczerze mówiąc mi też taki pomysł przeszedł przez myśl, ale szybko się z nim „uporałem” i go gdzieś wyrzuciłem jako mało realny do zrealizowania i jednak nawet jak dla mnie zbyt szalony. Tak, są takie pomysły które uważam za zbyt szalone Mamo i Tato. (nigdy mi nie wierzą, gdy o tym mówię 😉 ) Od słowa do słowa… szybki ruch po laptopa i już wędrowaliśmy palcem po mapie, gdzie by tu wyjechać i jak zagospodarować ROK! Była druga połowa sierpnia. To, co stało nam na drodze do realizacji takiego pomyslu to szkoła Jakuba. Niewiele myśląc zasięgnęliśmy informacji od znajomych jak się załatwia nauczanie domowe, jak się to sprawdza i przede wszystkim jak się to organizuje tak naprawdę – w życiu. Okazało się, że wystarczy znaleźć szkołę przyjazną edukatorom domowym i wystąpić do poradni psychologiczno-pedagogicznej o stosowną opinię na tę okazję. Potem z tą opinią zgłosić się do szkoły, podpisać odpowiednie podanie i oświadczenie, że zobowiązujemy się zapewnić dziecku odpowiednie warunki do nauki w domu i gotowe! Voilà!

Niewiele się zastanawiając zaczęliśmy realizować nasz pomysł. Ostrzegano nas, że terminy w poradni mogą być dalekie, nawet za 2-3 miesiące. My dostaliśmy termin na 31-go sierpnia. Opinię wystawiono szybko i już od 01-go września Jakub był nauczany domowo! Wszyscy, którzy znają temat nauczania domowego się nam dziwili, że tak szybko udało się to wszystko pozałatwiać i od pomysłu do realizacji zajęło nam to kilkanaście dni. Powiem jasno – nie naszą mocą się to dzieje! Początkowo planowaliśmy że jak zwykle wsiądziemy w nasze auto i ruszymy na wschód… I pewnie by tak było, gdyby nie to, że postanowiłem poszperać i poszukać informacji na temat transportu samochodu między kontynentami… Trafiłem na Mariusza z „Z indeksem w podróży” , który uświadomił mi, że potrzebowalibyśmy na takie transfery jakieś 80-100 tysięcy złotych… (dzięki Mariusz!) No a że akurat nie mamy takich pieniędzy i mieć pewnie nie będziemy, to musieliśmy znaleźć alternatywę na nasz pomysł. No i ze strachem, ale jakoś postanowiliśmy, że spróbujemy ruszyć w tę podróż samolotem, potem jakimiś miejscowymi środkami lokomocji tak, aby odwiedzić interesujące nas miejsca. Strach oczywiście dotyczył głównie tego jak spakować 6 osób w 2 plecaki! Nie było to łatwe i do dziś nie wiem jak się to nam udało. Nie twierdzę, że się udało w pełni, bo plecaki strasznie ciężkie (20 i 24kg) plus 3 małe plecaki, łącznie daje nam to jakieś 50-55kg. Słowem lekko nie jest, ale póki co, dużo ich nie nosimy.

Dobrze, miało być jeszcze o miejscach jakie chcieliśmy zobaczyć… Im głębiej w las, tym więcej drzew, czyli na początku był wstępny zarys: Azja, Australia, Ameryka Południowa… W końcu dorwaliśmy tanie bilety do Tajlandii i się zaczęło! Lot z Kolonii w jedną stronę. Dobra propozycja, ciekawa nawet bo ledwie 700zł za os. dorosłą, ale jak się dostać do Kolonii? Szukaliśmy długo… i autobusem, i koleją i nic konkretnego nie znaleźliśmy…. W końcu patrzę na loty i co? I jest lot z Modlina do Kolonii na 2 dni przed lotem do Tajlandii za 43zł za osobę dorosłą! Bajka! Niewiele myśląc kupujemy!

Kolejną sprawą do załatwienia było sprzedanie samochodu. Stwierdziliśmy, że nie chcemy aby rok na nas czekał w Polsce i stał nieużywany… traciłby tylko na wartości. Sprzedaliśmy go na jeden dzień przed wyjazdem :)! (Dzięki Kuba i Magda!)

Długo za to szukaliśmy kogoś, kto zaopiekuje się naszym domem pod naszą nieobecność… Znalazła się rodzina, która w nim zamieszka i co? Też na ostatnią chwilę – 3 dni przed wyjazdem! (Dzięki Maciek i Bożena!)

Tak więc zarysowany plan mamy taki:

1. Około 2 miesiące w Azji południowo-wschodniej (Tajlandia, Malezja i Indonezja),

2. Przedostać się jakoś (najlepiej morzem) z wysp indonezyjskich do Australii,

3. Maksymalnie 3 miesiące w Australii, gdzie kupionym autem przejedziemy po wschodnim wybrzeżu z Darwin do Adelajdy, gdzie sprzedamy auto,

4. Kilka tygodni w Nowej Zelandii,

5. Samolotem dostać się do Ameryki Południowej – najprawdopodobniej Chile i tam znów kupić samochód

6. Po pół roku w Ameryce Południowej sprzedać samochód i wracać do Polski.

Jest jeszcze jakaś tam opcja na ewentualne przedłużenie trasy na Amerykę Północną, ale jak już kiedyś powiedziałem: „Do Stanów to ja pojadę jak zniosą wizy” 😉

Pozdrawiamy Was wszystkich kochani serdecznie i do usłyszenia / spisania się wkrótce!

Na koniec jeszcze filmik z lotu samolotem dla zainteresowanych tematem jak to jest z tymi samolotami i jakimi drogami latają, czyli jak to jest lecieć nad takimi krajami jak Turkmenistan czy Afganistan 😉

YouTube Preview Image

12 Thoughts on “Zmiany, zmiany i jeszcze raz zmiany.

  1. Betelgeuse on 29 września 2016 at 01:12 said:

    bardzo mnie zaciekawiliście ;D mam pytanie odnośnie kosztów – czy w trakcie takiej rocznej podróży planujecie jakoś zarabiać czy korzystacie z oszczędności aby finansować takie podróże? Pytam bo ostatnio słyszałam o opcji gdzie ludzie podróżują i pracują w różnych miejscach po drodze, zarobią trochę i jadą dalej ale np. mając dzieci chyba nie jest to możliwe? P.S. Australia jest cudowna 😉 koniecznie chce do niej wrócić jeszcze w tym roku 😉 kto wie moze gdzieś się przypadkiem spotkamy 😉 a i jeszcze jedno – lecieliście moze singapore airlines?

    • Dzięki.
      Pozwól że odpowiem w punktach… czytaj to wiedząc że uśmiecham się przy każdym zdaniu ;).

      1. Koszty… wstępny plan jest taki: wydatki nie powinny przewyższać przychodów 🙂 Czy się uda? Nie wiemy.
      2. Czy mamy oszczędności? Jeśli by ktoś o nich usłyszał powiedziałby, że tyle to on w 2 dni nad polskim morzem wydaje.
      3. Czy zamierzamy zarabiać po drodze? Tak, ponieważ podejrzewam, że zrealizowanie założenia przedstawionego w pkt. nr 1 będzie co najmniej trudne ;).
      4. Czy praca zarobkowa w trakcie drogi z dziećmi jest możliwa? Nie wiemy, ale mamy nadzieję że jest.
      5. Australia zapewne jest cudowna – moje dziecięce marzenie ją zobaczyć…
      6. Nie nie lecieliśmy Singapore Airlines. Lecieliśmy Euro Wings (możliwe że pisze się to łącznie 😉 )

      • Betelgeuse on 8 października 2016 at 14:45 said:

        a wiec optymizm to podstawa jak widzę ;D super 😉 pewnie wiecie ale jeśli nie to podpowiem ze wizę turystyczna do AU można przez internet załatwić, koszt 0 zł, czas oczekiwania jakieś 15 minut po wypełnieniu formularza 😉 a i ogólnie powodzenia!

        • Dzięki 🙂
          Mamy już wizy załatwialiśmy je jeszcze w Polsce, choć dla Hani musieliśmy poczekać na jej wizę kilka dni, reszta przyszła w kilkanaście minut. Ciekawa sprawa, koniec końców się udało 🙂

  2. Witajcie. Jesteśmy ciekawi jak pierwsze dni pobytu w Tajlandii, noclegi, dzieci, jedzenie, tubylcy, ceny, dostęp do internetu, najbliższe plany wycieczkowe.

    • Wkrótce kilka słów więcej o Tajlandii, jej cenach i naszym (nie)radzeniu sobie w tym kraju.
      W 3 słowach: noclegi – kiepsko, dzieci – dobrze, tubylcy – naciągacze, ceny – niskie, ale nie aż tak jak żeśmy się spodziewali, dostęp do internetu – dobry… choć nie wszędzie, najbliższe plany – centrum Bangkoku na jutro i niedzielę 🙂

      Pozdrawiamy całą Waszą gromadkę 😉

  3. Ach! Och! Jak wspaniale. Jak zwykle życzymy samych dobrych ludzi na drodze i po drodze! Takie mamy teraz życiowe rozterki, a tu proste – nie ma co planować;) Uściski

    • Czytaliśmy, wiemy i jesteśmy z Wami 🙂
      Przez to, że mało planów robiliśmy przed teraz to średnio wychodzi, bo przeznaczamy na to sporo czasu, sił i niestety również pieniędzy… Już Ci tu zacząłem odpisywać, ale wyciąłem to i wkleję na FB, niech się wszyscy dowiedzą, a co! 😉

      Pozdrawiamy całą Waszą piątkę Olu!

  4. BAJKA! 🙂 Szczęśliwej podróży! Kuba przez ten rok będzie wyedukowany chyba na 3 lata w przód – tyle doświadczeń! Pozdrawia 3-osobowa rodzinka z kuj-pom 🙂

    • Dzięki 🙂
      Co do edukacji Jakuba to tak, zapewne będzie dobrze, ale nie jest to edukacja na „poziomie” pierwszej klasy szkoły podstawowej i pewnie doświadczenie któe teraz zdobywa przyda mu się dopiero za jakiś czas. Chodzi mi o to że „podstawa programowa” wymaga aby nauczył się pisać i czytać oraz liczyć, a nie do końca docenią to czego się nauczy oprócz tego. Niestety…

  5. Ciekawa jestem Waszych kolejnych wpisów! Trzymam mocno kciuki by wszystko szło gładko. Ale Wam zazdroszczę 🙂

    • Dzięki 🙂
      Kolejne wpisy rodzą się w bólach… w sensie nie jest łatwo znaleźć na nie czas w drodze 😉

      Pozdrawiamy 🙂

Post Navigation